okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10/2010 >> Jak Chińczyk z dwiema szafami
na rowerze

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Pogórze Przemyskie i Bieszczady


Jak Chińczyk z dwiema szafami
na rowerze

Anna Sidoruk, Jerzy Szygiel
Makowa. Takie widoki wynagradzały wszelkie trudy

Założyliśmy sobie ambitny plan. Ambitny jak na rowerzystów amatorów, którzy lubią się zatrzymać na polnej drodze i cieszyć wzrok widokami. W ciągu siedmiu dni mieliśmy okrążyć Pogórze Przemyskie i dotrzeć do Bieszczadów. Granica polsko-słowacka miała stanowić najdalej wysunięty na południe punkt trasy, a wycieczkę postanowiliśmy rozpisać na dwa głosy.

Anna Sidoruk: W 1973 roku amerykański pisarz Paul Theroux wsiadł do legendarnego Orient Expressu i wyruszył w trwającą cztery miesiące podróż przez Azję. Po powrocie napisał książkę „Wielki bazar kolejowy”, dziś zaliczaną do klasyki literatury podróżniczej. Theroux nie krył swojej niechęci do autorów, którzy podróż sprowadzają do atrakcji turystycznych i opisują tylko radosne strony wojaży, pomijając milczeniem „chwile rozpaczy, pożądania czy strachu”. On sam skrzętnie zapisywał zarówno te najbanalniejsze zdarzenia, jak i przeżycia ekstremalne. Myślałam o tej książce podczas naszej wyprawy, która okazała się najtrudniejszą z dotychczasowych.
Zaczęliśmy od Przemyśla, do którego dotarliśmy koleją. Miasto onieśmieliło mnie swoim położeniem. Pagórkowatość terenu w zestawieniu z lekko obładowanym rowerem sprawiły, że początkowo prowadziłam swój środek lokomocji, z zachwytem przypatrując się mijanej architekturze. Galicyjska elegancja budynków wystawionych na działanie czasu, wąskie, strome, brukowane uliczki, stare szyldy sklepów i punktów usługowych podbiły moje serce. Ciężko było opuścić to miejsce, ale przed nami droga była długa, stroma i kręta, a czasu mało.
Ulicą Sanocką wydostaliśmy się na drogę numer 28. Już po kilku kilometrach dostaliśmy próbkę tego, co miało nas czekać przez resztę podróży – długi, stromy podjazd. Tyle że na początku mieliśmy sporo sił. Niezrażeni pedałowaliśmy zatem dalej, aż do Krasiczyna, gdzie zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. A potem szosą aż do gładkiej, bo niewyeksploatowanej jeszcze drogi do Chyrzyny. Tutaj czekała nas przeprawa promem przez San. Jako jedyni pasażerowie usadowiliśmy się wygodnie i po kilku minutach przybiliśmy do sąsiedniego brzegu.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Jerzy Szygiel