okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10/2010 >> 10/2010 >> Poszukiwacze zaginionej arki

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> Etiopia


Poszukiwacze zaginionej arki

Maciej Czapliński
Taki widok to zasłużona nagroda dla wyczerpanych wielogodzinną górską wspinaczką rowerzystów. Zjazd do Mekele w prowincji Tigraj

Parę minut po szóstej noc zaczyna się rozjaśniać. Z nieodległej drogi dobiega warkot silnika i pokrzykiwania na leniwego osiołka. Ciekawe, czy już tu są... A jakże. Grupka dzieci w poszarpanych spodenkach i niewiele lepiej ubranych dorosłych stoi w pobliżu namiotów, przyglądając się nam ciekawie.

Liczba obserwatorów szybko się zwiększa. Czasem nawet 50 lub 70 osób bacznie przygląda się zwijaniu namiotów i przygotowywaniu śniadania. Taka asysta o poranku potrafi wyprowadzić z równowagi, a uciec przed nią nie sposób. Po chwili jednak kubek mocnej, etiopskiej kawy poprawia nam nieco humor. Gdy odprowadzani przez naszą eskortę wychodzimy na drogę, słońce stoi już wysoko.
Gondar leży nieopodal sudańskiej granicy. Od przejścia granicznego w Metemmie droga wspina się jednak zakosami pod prawie pionową ścianę, wykorzystując załomy, wąwozy i koryta potoków. Zanim dotrzemy do miasta, musimy pokonać niemal półtora kilometra różnicy wzniesień. Dwie godziny takiej wspinaczki w nieludzkim upale, potem kolejne dwie, i jeszcze, a końca góry nie widać. Wkrótce w ogóle przestajemy go wypatrywać, bo wszelkie złudzenia, że to już…, tutaj…, za tym zakrętem, okazują się płonne.
Dalej jest tylko gorzej. Czasem chwytamy się ciężarówek, wciągając się za nimi po kilkadziesiąt metrów, ale to niebezpieczna zabawa, łatwo przewrócić się na kamieniach. Bo – żeby nie było za łatwo – akurat na tym najtrudniejszym odcinku międzynarodowej drogi, jedynej łączącej Sudan z Etiopią, nie ma jeszcze asfaltu. Większe i mniejsze kamienie przechodzą w piach, potem w żwir, wszędzie unosi się pył wzbijany przez przejeżdżające ciężarówki i pracujące przy budowie drogi maszyny. I do kompletu błoto, bo drogę polewa się wodą, by mniej się kurzyła. Jest naprawdę fatalnie! To wspinaczka ponad siły. Nie ma wyjścia – w tych warunkach przeładowane rowery trzeba prowadzić, a raczej wpychać mozolnie pod stromą górę. O hotelu, prysznicu i czystej pościeli możemy zapomnieć. Kilkadziesiąt kilometrów przed miastem, w przydrożnych krzakach rozbijamy namioty i gotujemy na ognisku kolację.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Maciej Czapliński