okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2010 >> Gdzie krokodyl zjada słońce

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> Afryka Nowaka. Etap IX – Zimbabwe


Gdzie krokodyl zjada słońce

Piotr Strzeżysz
W drodze do Matetsi

„Ogłuszający huk wodospadu Victoria. Ponad »lasem deszczu«, wisi przepiękny łuk tęczy, świeci lubieżnie żarne słońce. Parno, wilgotno, lecz tak wspaniale, że z szaloną radością trwałoby się tutaj choćby lat dziesiąte. (…) Ponad całą okolicą panuje jeden tylko potężny huk – huk olbrzymiej masy wód potężnej rzeki, które spadają w bezdeń dzikiego jaru. Strome, kolorowe ściany wąwozu, a hen w głębi szmaragdowa, zda się wąziutka, że przekroczyć można, pieni się królowa rzek południa  – Zambezi…” – tak 10 grudnia 1933 roku pisał Kazimierz Nowak w liście do żony.

22 lipca, po kilkugodzinnej podróży nocnym busem z Bulawayo w Zimbabwe, dotarliśmy do Victoria Falls. Z Polski wylecieliśmy dwa dni wcześniej, nocując na kempingu w Rzymie, by następnego dnia wsiąść do samolotu lecącego do Johannesburga. Na lotnisku w RPA, od znajomego, odebraliśmy rower, który mieliśmy przekazać Agnieszce Grudowskiej, uczestniczce wcześniejszego etapu zambijskiego. Agnieszka jechała z nami przez Zimbabwe przez pierwsze dwa tygodnie.
Liniami Kumba dolecieliśmy z Johannesburga do Bulawayo. Za trzydzieści dolarów (jako że obowiązującą obecnie walutą w Zimbabwe jest dolar amerykański) dostaliśmy bez zbędnych formalności wizy, ważne przez trzydzieści dni. Musieliśmy jeszcze stanąć w kolejce do odprawy. To, co jest zwykłą formalnością w większości krajów, tutaj okazało się bezkrwawą walką o każdą podejrzaną sztukę bagażu. A tych podejrzanych rzeczy mieliśmy całkiem sporo. Dziesięć kilogramów długopisów, dziwne, metalowe tabliczki, kilkanaście piłek, telefon satelitarny, zdecydowanie zbyt dokładne mapy, książki i przewodnik krytykujący prezydenta, dwa komputery, mnóstwo przeróżnych kabli, ładowarek, wtyczek i słuchawek, różową perukę, maskotki w kolorowych ubrankach, klucze z łańcuchami, śrubki, nakrętki, nie mówiąc o normalniejszych rzeczach, typu – dwie torby sprzętu fotograficznego, no i rozłożony na części, owinięty folią rower – jeden na całą czwórkę. Tak więc, choć staraliśmy się wyglądać normalnie i uśmiechać się standardowym, nieśmiałym, lekko wymuszonym uśmiechem oraz odpowiadać na pytanie: – Jak się macie? – Mamy się świetnie, to i tak nie umknęliśmy uwadze celników.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Piotr Strzeżysz