okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2010 >> Pojedynek z samym sobą

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Patagonia


Pojedynek z samym sobą

Arkadiusz Mytko
Narodowy Park Los Alerces – prowincja Chubut, Argentyna

61 dni
Do Patagonii wyjeżdżałem wielokrotnie. Większość czasu spędzałem jednak w górach. Pewnego dnia przyglądając się mapie tej rozległej krainy, postanowiłem przebyć ją całą, z północy na południe. Analizując ukształtowanie i charakter terenu, doszedłem do wniosku, że mogę to zrobić na różne sposoby, też na rowerze.

Aby mój wyczyn miał czysto sportowy charakter, środek transportu musiał być poruszany za pomocą moich mięśni. I tak powstał pomysł na wyprawę, którą nazwałem „Patagoński triatlon”. Pierwszy jej etap prowadził od północnego czubka Patagonii, a dokładnie miejscowości Neuquén, do malutkiego miasteczka El Chaltén. Ten odcinek postanowiłem przemierzyć na rowerze. Aby go sobie utrudnić, rozpocząłem podróż na początku zimy. Długość przejazdu wynosiła 2000 kilometrów. Drugim etapem było przejście na nartach Lodowca Kontynentalnego (350 kilometrów). Trzecia i ostatnia część triatlonu polegała na przepłynięciu kajakiem Cieśniny Magellana i Kanału Beagle’a w rejonie Ziemi Ognistej (500 kilometrów). Wyprawa była ekstremalnie trudna, a jako że podróżowałem samotnie, również i niebezpieczna.
W zasadzie dopiero rozpocząłem swoją podróż przez Patagonię, a już zaczęły się problemy. Pierwszy kłopot był typowo techniczny. Przerzutki w rowerze nie działały tak jak powinny. Podczas składania roweru, w miejscowości Neuquén, zauważyłem brak jednej śrubki, trzymającej według mnie cały układ zębatek. Łańcuch nie chciał przeskakiwać po nich swobodnie. Tak naprawdę miałem tylko trzy działające przełożenia, tak jak w pierwszym, moim rowerze, otrzymanym jako prezent na Pierwszą Komunię Świętą, Wigry 3 de lux. Tam też były trzy przełożenia, ale wtedy ich po prostu więcej nie mogło być! W moim, nowym rowerze Kellys, który mój przyjaciel Adam przesłał drogą lotniczą, miałem ich mieć 24. No, ale działały tylko trzy. Brakującą część prawdopodobnie zgubiłem gdzieś w Meksyku podczas zapoznawania się z rowerem, składając i rozkładając go z powrotem. Na razie nic nie mogłem z tym zrobić…
Drugi problem był zdrowotny. Moje prawe kolano odmówiło posłuszeństwa już drugiego dnia jazdy.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Arkadiusz Mytko