okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2010 >> Wyprawa jak... zaraza

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> Jedwabnym Szlakiem 2010-2011
z Kapadocji do Al Qamishli


Wyprawa jak... zaraza

Anna i Robb Maciągowie
Palmyra. Kawałek historii

Nowe plany! Kolejna podróż, bo to przecież jak zaraza…, z tego się nie można wyleczyć. Tym razem wyzwaniem jest Jedwabny Szlak. Od 8 kwietnia jesteśmy w drodze. Szykuje nam się dziesięciomiesięczna trasa rowerowa.

Zamiast przebijać się godzinami przez Istambuł, przyjechaliśmy na dworzec autobusowy i szybko wykupiliśmy bilety do Nevşehir, czyli prosto do Kapadocji. Jakoś zawsze byłem uprzedzony do miejsc znanych z turystycznych folderów, a tu, proszę… taka niespodzianka. Wspaniałe widoki i pustki. Piękne miejsce. Prawie nierealne.
Dołączył do nas Ben, nasz dobry znajomy z Londynu. Po krótkiej wizycie w Gureme już w trójkę nareszcie ruszyliśmy w drogę. Pod górę tak dosłownie, że momentami na piechotę, bo i droga z kostki, i wyjątkowo pod górę, a w sakwach drobiazgi na cały rok. Powoli, w budzącej się wiośnie i oszukiwanym upale. Słońce prażyło, wiatr wiał w plecy i wydawało się, że jest upał, a tak naprawdę było tylko... 15 stopni Celsjusza.
Przełęcze dzielą się na złe i dobre. Zła to taka, która niczego nie daje w zamian. Podjeżdżasz pod nią tylko po to, by szybko zjechać i jeszcze szybciej – zapomnieć. Każda dobra ma dla nas nagrodę. Kolejna przełęcz okazała się właśnie jedną z tych dobrych. Podjeżdżaliśmy pod nią kilka godzin, by na samym jej szczycie, cali rozpromienieni, spoglądać w ochach i achach na monumentalny Erciyes Dağı. W końcu co 4000, to 4000 metrów nad poziomem morza i co wulkan, to wulkan. Widoki, przełęcze – wspaniałe, ale czym byłaby podróż bez ludzi spotkanych po drodze? Uśmiechniętych, machających do nas, kupujących kolejne herbatki. Turecka gościnność niemal zmuszała także nas do… wyciągania dłoni. Nie tylko czekania, ale wychodzenia do nich. Z uśmiechem, bo odpowiedzą, z powitaniem, bo oczekują. Jak na przykład w Cayrozu. Wioska krótsza od nazwy, sklepik, meczet… Nagle podeszła do nas jakaś dziewczyna i zaczęła się najpierw uśmiechać, potem dukać coś po angielsku, a wszystko skończyło się na wspólnym zdjęciu z Anią. Już mieliśmy jechać dalej, gdy ta właśnie dziewczyna zaczęła się chwalić jakimś starszym kobietom i zrobiła się z tego mała sesja fotograficzna.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Anna i Robb Maciągowie