okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 5/2010 >> 5/2010 >> Drodzy Czytelnicy

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Przed startem


Drodzy Czytelnicy


„Rower ma tę przewagę nad choćby wyprawami pieszymi, że kiedy się na nim jeździ, to niespecjalnie można rozmawiać: to jest wysiłek, trzeba się skupić. Jedzie się czasem z kimś, w większej lub mniejszej grupie, a jednocześnie jest się samemu.
Można obserwować przyrodę, zagłębić się w siebie”. To słowa ojca Jacka Olszewskiego, przeora Klasztoru i Wyższego Seminarium Duchownego Ojców Karmelitów Bosych w Poznaniu, bohatera majowego numeru „Rowertouru”. Niejednokrotnie zastanawialiśmy się w redakcji nad duchowym wymiarem pedałowania. Zauważyliśmy, że zdecydowanie częściej dyskutuje się o ciekawej trasie, przejechanych kilometrach, przebitych oponach (choć to zdarzenie do przyjemnych nie należy) niż o tym, co jazda tak naprawdę nam daje, dlaczego właściwie wsiadamy na rower, co otrzymujemy w zamian za regularne kręcenie korbą, poza pokonywaniem określonej czasoprzestrzeni. Ojciec Jacek nie myli się i nazywa po imieniu to, do czego sami czasem wstydzimy się przyznać. Jazda przed siebie na rowerze ma coś z mistycyzmu, służy skupieniu, refleksji, bywa swoistą terapią, receptą na chandrę. Nieraz zdarzało mi się, i wierzę, że wielu z Was także, szukać rozwiązań nurtujących mnie problemów właśnie podczas jazdy na rowerze. Bo nic tak nie sprzyja koncentracji, nie oczyszcza umysłu z niepotrzebnych wrażeń i emocji jak odrobina wysiłku i świeże powietrze. Myśli stają się klarowne, a bicie serca przypomina nam o tym, że jesteśmy, tu i teraz, że radość z życia jest w nas,
a nie gdzieś poza naszym ciałem i umysłem. Ktoś może stwierdzić, że nic w tym cudownego. Ot, w naszych organizmach zachodzi prosta reakcja biochemiczna – podczas wysiłku fizycznego mózg wytwarza endorfiny, nazywane potocznie enzymami szczęścia. To dzięki nim, pedałując, mając nad sobą błękit nieba, a wokół zieleń pól, czujemy się, jakbyśmy za chwilę mieli się wznieść do nieba. Dla mnie jednak to właśnie jest cudowne, bo kiedy myślę, jak niewiele trzeba, aby zobaczyć świat – choćby ten dobrze mi znany, niemalże za oknem – w innych barwach, dochodzę do wniosku, że rower powinien być zalecany jako lek na chandrę, zgorzkniałość, zniechęcenie, na nasze malkontenctwo i niewiarę. A do tego dostępny bez recepty.

Zapraszam do lektury
Izabela Dachtera
redaktor naczelna