okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 4/2010 >> 4/2010 >> Drodzy Czytelnicy

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Przed startem


Drodzy Czytelnicy


Analizując, po raz kolejny, dane z raportu „Rowertouru” na temat infrastruktury rowerowej w szesnastu miastach wojewódzkich w Polsce, mam nieodparte wrażenie, że rowerzyści sytuowani są przez miejskich urzędników na szarym końcu listy użytkowników dróg. Za kierowcami samochodów, pieszymi, a nawet motocyklistami. Ci ostatni co najwyżej łamią przepisy, ale spokoju urzędnikom
nie zakłócają. Nie domagają się dróg tyko dla siebie, kładek, tuneli, śluz, specjalnych praw i przepisów. Tymczasem cykliści są jak muchy brzęczące koło urzędniczych uszu. Chciałoby się od nich opędzić, ale na szczęście kręcącego koła już nie da się zatrzymać. Tworzymy coraz większą społeczność, domagającą się własnych praw nie tylko dla swojej wygody, ale także w imię bezpieczeństwa na ulicach, mniejszych korków, mniej zadymionych miast i zatłoczonych parkingów. Tego zdają się niektórzy włodarze nie rozumieć. Słychać za to narzekania na skromne budżety, wąskie jezdnie, gdzie drogi dla rowerów za nic się nie wciśnie.
Jeśli we władzach jest sympatyk rowerowania, punkt dla całej społeczności. Bo tylko taki gospodarz jest w stanie porwać za sobą resztę współpracowników, konsekwentnie domagać się planu prorowerowych rozwiązań i tak dzielić budżet, aby co roku coś dla poprawy infrastruktury rowerowej zrobić. Wybudować lub wyremontować kolejny kilometr drogi, wydzielić pas dla jednośladów, przebudować skrzyżowanie, włączając w nie ruch rowerowy. Jeśli takiego gospodarza nie ma, pozostaje tylko czekać na zmianę warty. Oby na lepszą. To nie paradoks, a raczej logiczna konsekwencja, że w miastach, w których rowerowo dzieje się najmniej, nie ma osoby lub jednostki odpowiedzialnej za kreację rowerowych rozwiązań. Dróg nie przybywa, a jeśli już się je buduje, to bez większej refleksji. Cykliści nie są mile widziani na rynkach, deptakach, w środkach komunikacji miejskiej (nawet, jeśli te świecą pustkami), zaś jedynym przykładem imprezy promującej ruch rowerowy w mieście jest przejazd któregoś z etapów Tour de Pologne!
Jeden z urzędników z przekąsem podzielił się opinią, jakoby rowerowe zacofanie Polski było wynikiem braku tradycji pedałowania w mieście, bo przez dziesięciolecia było ono kojarzone z ubóstwem. Stwierdzenie, że polskie miasta należałoby zburzyć i wybudować od nowa, uwzględniając tym razem potrzeby rowerzystów, może tylko zirytować, choć jeśli byłoby to możliwe…
Ale nie jest. Zamiast więc snuć futurystyczne wizje, lepiej się pogodzić z myślą, że rower to nie zbiorowa fanaberia, tylko kolejny etap rozwoju cywilizacyjnego, do którego w polskich miastach i tak dochodzimy powoli. Rowerzyści nie umilkną, co więcej, będą się coraz głośniej domagać swoich praw, bo też będzie ich coraz więcej. A może siłę drzemiącą w miejskich cyklistach dostrzegą kandydaci na prezydentów, deklarując w swoich programach zielone światło dla rowerów? Kolejne wybory już za pasem.
Jeśli tędy droga, jeśli ma być lepiej, dlaczego nie? Tyle, że rowerzyści nie lubią obietnic bez pokrycia.

Zapraszam do lektury raportu

Izabela Dachtera
redaktor naczelna