okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 3/2010 >> Upadki bolą dopiero za metą

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

W cztery oczy >> Aleksandra Dawidowicz


Upadki bolą dopiero za metą

Z Aleksandrą Dawidowicz rozmawia Piotr Kurek
Aleksandra Dawidowicz jedzie po tytuł mistrzyni świata w kolarstwie górskim w kategorii U23 (Canberra, 2 września 2009)

Pierwszy raz ścigała się w Kaliszu, ponad dziesięć lat temu. Ponoć nacisnęła na pedały, a jej talent objawił się niemal natychmiast. Potrójna mistrzyni z 2009 roku, w lutym ukończyła 23 lata i stała się pełnoprawną zawodniczką kolarstwa górskiego w kategorii elita kobiet.

Czy w Pani marzeniach pojawia się taki obraz: Aleksandra Dawidowicz kończy olimpijski wyścig cross country, wjeżdżając na metę jako pierwsza zawodniczka. Tuż przed finiszem ktoś daje jej do ręki polską flagę…
– Taki obrazek pojawia się w myślach chyba każdego sportowca. To niesamowite uczucie przekroczyć linię mety z biało-czerwoną flagą. Już raz doświadczyłam takiej przyjemności podczas ubiegłorocznych mistrzostw świata w kolarstwie górskim w Canberze. Nigdy nie zapomnę emocji, jakie wówczas mi towarzyszyły. Ale Pan pytał o igrzyska olimpijskie.

I zrobiłem to celowo, bo to jednak wydarzenie najwyższej rangi w karierze sportowca.

– Chyba nikogo nie zaskoczę, jeśli odpowiem, że zwycięstwo na igrzyskach to moje największe marzenie. Wierzę w to, że stać mnie na rywalizowanie z najlepszymi zawodniczkami, a to jest najważniejsze.

W takim razie tym marzeniem jest już Londyn w 2012 roku czy dopiero Rio de Janeiro w 2016?
– Na igrzyskach w Londynie widzę siebie już jako dojrzałą, doświadczoną i wartościową zawodniczkę, walcząca o najwyższe miejsca. Igrzyska to mój najważniejszy cel!

Przed dwoma laty startowała Pani  w Pekinie. Debiut i od razu dziesiąte miejsce – to chyba wymarzona pozycja dla młodej zawodniczki?
– Nie do końca. Jeszcze przed startem chciałam być w pierwszej dziesiątce, choć nie mówiło się wówczas o konkretnym miejscu. W dziesiątce się znalazłam, ale stać mnie było na miejsce od szóstego do ósmego. Po ponad godzinnym wyścigu wciąż jechałam na szóstej pozycji. Niestety, zaliczyłam upadek, straciłam bardzo dużo czasu, miałam rozerwany kask, który chyba uratował mi życie, skrzywione siodełko. Aby je wyprostować, musiałam zatrzymać się w boksie technicznym, a potem gonić swoje rywalki. O dziwo, nie dokuczał mi ból, choć byłam poobijana i miałam złamane żebro. Gdyby nie upadek, to kto wie…

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”

 



Zdjęcie: ANDRZEJ PIĄTEK