okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1 (23)/2010 >> 1 (23)/2010 >> Żadnych miast, tylko outback!

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> Australia


Żadnych miast, tylko outback!

Marcin Kita
Leżące w środku pustyni Alice Springs otaczają piękne góry MacDonnell Range

Pomysł wyjazdu do Australii najpierw objawił się jako marzenie, którego realizację utrudniały względy finansowe. Zacisnąłem jednak pasa i po kilku trudnych miesiącach wylądowałem na lotnisku w Melbourne.

Terra Australis Incognita, czyli Nieznany Południowy Ląd, jak nazywali po łacinie Australię pierwsi europejscy podróżnicy, penetrujący tę część świata. Czułem się podobnie. Moje przygotowania do wyprawy nie trwały długo. Przeszukiwałem strony internetowe, dotyczące Australii, pracowałem nad kondycją, wszak w planach miałem przejechanie kilku tysięcy kilometrów w nieznośnym upale. Skompletowałem też brakujące elementy wyposażenia, takie jak bagażnik typu low-rider, sakwy przednie oraz dobrej jakości jednoosobowy namiot. Po zorientowaniu się w cenach biletów lotniczych postanowiłem nie zabierać ze sobą roweru. Taniej wychodziło kupić go na miejscu niż płacić za jego przewóz.
Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że od 25 lat w okolicach Melbourne mieszka wraz z mężem koleżanka mojej mamy. Pani Krystyna odebrała mnie z lotniska. Pod jej troskliwym okiem przeszedłem dwudniową aklimatyzację, związaną między innymi z dziewięciogodzinną różnicą czasu. Musiałem także kupić rower. Znalazłem zadowalający mnie trekkingowy model (w cenie 700 dolarów australijskich), na którym zamontowałem wyposażenie do przewozu mojego dobytku.
Może to trochę dziwne, ale prawie do samego końca nie miałem planu, jak przejechać ten olbrzymi i poza dużymi miastami słabo zaludniony kraj. Dość dodać, że odległość pomiędzy skrajnymi punktami australijskiego wschodniego i zachodniego wybrzeża wynosi 4030 kilometrów, a z północy na południe – 3150. Początkowo planowałem wybrać drogę transkontynentalną Stuart Highway, z Darwin na północy, przez pustynię, legendarne Alice Springs, aż po Adelajdę na południu. Łącznie – ponad 2830 kilometrów. Moi nowi australijscy przyjaciele stwierdzili jednak, że to samobójstwo, bo tylko szaleńcy wybierają się na takie bezdroża samotnie. Poza tym to wyjątkowo monotonna droga, a najciekawsze atrakcje, dziesiątki parków narodowych i bajkowe wybrzeże oceanu, skoncentrowane są na wschodzie.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”

 



Zdjęcie: Marcin Kita