okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 12 (22)/2009 >> Turbacz przez przypadek

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Gorce


Turbacz przez przypadek

Tomasz Dębiec
Początek wycieczki – śniegu niewiele, a podjazdy dają się pokonać na rowerze

Naszym celem nie miał być tego dnia wierzchołek Turbacza, czyli najwyższy punkt w Gorcach, a położone kilkadziesiąt metrów niżej schronisko. Jednak dzięki niewielkiej pomyłce w nawigacji znaleźliśmy się na szczycie.

Czekałem na Tomka i Pawła pod jednym z krakowskich supermarketów i zrezygnowany patrzyłem, jak kolejne strugi wody zalewają przednią szybę mojego samochodu. Po szybkim przepakowaniu rowerów do jednego samochodu ruszyliśmy Zakopianką w kierunku Gorców. Pogoda była dokładnie taka, jaką uważamy za najgorszą do jazdy na rowerze. Temperatura ciut powyżej zera, a mgła ograniczająca widoczność przez cały czas opadała na ziemię w postaci drobniutkich, ale gęstych kropelek mżawki.
Kraków i okolice tego dnia były szare do znudzenia. Dopiero za Rabką, kiedy droga zaczęła się wspinać, zrobiło się biało. Samochodem dojechaliśmy na Kułakowy Wierch (przysiółek Rdzawki), gdzie zaparkowaliśmy na stacji benzynowej.
Jako że moje tradycyjne, rowerowe rękawiczki nie budziły zaufania co do odpowiedniej ochrony przed zimnem w takich warunkach, w sklepiku na stacji zakupiłem dodatkowo popularne, robocze wampirki. To zwykłe, dość cienkie rękawiczki z warstwą farby po wewnętrznej stronie. – Jak będzie mi zimno, pojadę w dwóch parach rękawiczek – stwierdziłem i od razu poczułem się znacznie lepiej przygotowany do zimowej jazdy.
Tu, w górach, mimo mglistej aury było znacznie przyjemniej niż w niżej położonym Krakowie. Zniknęła gdzieś przygnębiająca szarość, a mżawka przeszła w drobny śnieg.
– Pamiętaj, Dębiec, że masz w zespole amatora! – odezwał się prawie oficjalnie Paweł, który rzadko jeździł z naszą bardziej doświadczoną ekipą. – Spokojnie, trasa jest niemal rekreacyjna – uspokoiłem go. Nie kłamałem, ale to tylko część prawdy. Pętla, którą planowaliśmy przejechać, nie powinna być trudna dla średnio przygotowanego rowerzysty, ale też nie wiedzieliśmy, jakie zastaniemy warunki. Póki co były nie najgorsze – błotnista na ogół droga, prowadząca do schroniska Stare Wierchy, ścięta mrozem doskonale prowadziła koła naszych rowerów. Leżała na niej tylko cienka warstwa świeżego śniegu.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”

 



Zdjęcie: Tomasz Dębiec