okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10 (20)/2009 >> Dwa kilometry nie mają znaczenia

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Andaluzja


Dwa kilometry nie mają znaczenia

Wojciech Szumielewicz
3150 m n.p.m., czerwiec, dalej... już tylko w dół

W samolocie do Malagi zapisałem w notatniku: posiadanie dziecka nie może oznaczać, że zapominamy o naszych zainteresowaniach, porzucamy wcześniejsze pasje. Brzmi ładnie, ale ceną realizacji moich rowerowych marzeń był tym razem ból, że tracę tydzień z życia półtorarocznej córki.

Był wrzesień 1996 roku. Miguel Induráin okrążał Hiszpanię. La Vuelta a España (wyścig dookoła Hiszpanii) miała mu przynieść zwycięstwo po przegranym Tour de France, a okazała się zmierzchem mojego mistrza. Byliśmy wtedy w trasie naszej „interrailowej vuelty” po Europie – z mocnym akcentem na Półwysep Iberyjski – i kiedy tylko mogłem, starałem się sprawdzać wyniki vuelty kolarskiej. Był to mój pierwszy wyjazd z plecakiem, po pierwszym roku studiów, pięć tygodni w drodze, codziennie nowe miejsca, spanie w pociągach lub gdzie popadnie, byle jak najwięcej zobaczyć. Chłonąłem wszystko, co się wokół mnie działo i te wspomnienia wciąż mocno we mnie tkwią. Wracam do nich dlatego, bo właśnie wtedy dotarliśmy do Granady i Sierra Nevada. Naszym celem było wejście na drugi szczyt pasma – Pico Veleta.
Autokar zostawił nas na parkingu, skąd pozostało nam do pokonania około 1400 metrów w pionie na około 14 kilometrach (i drugie tyle w drodze powrotnej na parking). Stopień trudności w sumie na poziomie rodzimych Gór Świętokrzyskich, ale jedna myśl nie dawała mi wtedy spokoju: – Tam, na sam szczyt, prowadzi droga… Już wówczas wiedziałem, co w jeździe rowerem lubię najbardziej (choć powyżej Morskiego Oka, w tym czasie jeszcze dostępnego dla rowerzystów, nie wjechałem) i czułem, że kiedyś będę musiał tam wrócić.
Tym razem przygotowania i sam wyjazd okazały się być jeszcze trudniejsze niż poprzednio. Pominę kwestię zbierania ekwipunku, jego spakowania na czas lotu, samego check-inu i podróży samolotem – choć te dwa ostatnie są dla mnie chyba najbardziej uciążliwe, by nie powiedzieć stresujące, w wyprawach rowerowych. Wcześniej, dopóki zostawiałem puste mieszkanie, wcale o tym nie myślałem, gdy przebywała w nim tylko żona,  jakoś potrafiłem to jej i sobie wyjaśnić, ale dla pozostawienia żony i półtorarocznej córki nie potrafiłem znaleźć wytłumaczenia.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”


 



Zdjęcie: Wojciech Szumielewicz