okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9 (19)/2009 >> Wy poruszacie się chodząc, ja - siedząc

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> Paweł i Donat Michalscy


Wy poruszacie się chodząc, ja - siedząc

Z Pawłem Michalskim i jego ojcem Donatem rozmawia Jakub Terakowski
Paweł Michalski na swoim rowerze – handbiku po raz pierwszy wyruszył wiosną 2006 roku

Od dawna jeździsz na rowerze?
Syn: – Podobno raczkowałem, gdy pierwszy raz próbowałem wsiąść na rower, bo skoro tata jeździ, to ja też chcę!

A pamiętasz swoją pierwszą jazdę?
Syn: – Bardzo mgliście. Wiem, że jej trasa miała 850 metrów, czyli od domu w Elblągu, gdzie wówczas mieszkaliśmy, do Bażantarni – czyli najbliższego dużego zieleńca. Zaczynałem na rowerku „Bobo”.

Z dodatkowymi, dwoma tylnymi kółkami albo kijkiem dla nauczyciela?
Syn: – Nie, nie miałem żadnej taryfy ulgowej. Za pierwszym razem tata postawił mój rowerek obok płotu, abym mógł się podeprzeć i złapać równowagę, ale radzić musiałem sobie sam.

Zero litości dla malucha?
Tata: – Ja zawsze, przez całe życie, kochałem rower. Był moją pierwszą miłością, żona była… drugą.

I gdzie jeździliście?
Syn: – Gdy jeszcze mieszkaliśmy w Elblągu, tata był tak zapracowany, że poza spacerami po okolicy nie miał czasu na dłuższe wycieczki, a ja byłem zbyt mały, aby wybierać się bez niego.
Tata: – Po przeniesieniu do Siedlec zdjąłem mundur wojskowego i kupiłem dwa bardzo dobre rowery, na których penetrowaliśmy coraz bardziej odległe miejsca. Nasza ulubiona trasa prowadziła do Białowieży, a to przecież ponad 140 kilometrów w jedną stronę.

Sporo!
Tata: – Ale droga piękna i spokojna.
Syn: – A potem zamieniliśmy się rolami, poszedłem do pracy i to z kolei mnie zaczęło brakować czasu na rower. Pewnie tak byłoby do dzisiaj, gdyby nie wypadek.

Jak to się stało?
Syn: – To było w grudniu 2004 roku, w Mińsku Mazowieckim. Pracowałem w firmie produkującej i naprawiającej plandeki samochodowe. Pechowego dnia wszedłem na dach tira, w jednej ręce miałem skrzynkę z narzędziami, a drugą chwyciłem się belki podtrzymującej plandekę. Belka pękła, straciłem równowagę i z wysokości pięciu metrów runąłem wprost na betonową posadzkę warsztatu. Upadłem tak nieszczęśliwie, że złamałem kręgosłup na wysokości szóstego i siódmego kręgu piersiowego. Uszkodziłem go tak poważnie, że zostałem całkowicie sparaliżowany od wysokości złamania w dół. A to oznacza, że nie mam żadnej władzy w nogach, nie mogę wykonać nimi żadnego ruchu i mam zerowe czucie.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”
 



Zdjęcie: Archiwum rodzinne