okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9 (19)/2009 >> Rowerem na koniec świata

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Bretania


Rowerem na koniec świata

Marek Zgaiński
Kapliczka na końcu świata – Pointe du Van

Na końcu świata wyje wiatr, zacina zimny deszcz, a słońce, jeśli się pokazuje, to tylko na moment, żeby wydobyć z mgły błękit oceanu, biel fal, rozbijających się o strome klify, rude trawy i purpurowe wrzosowiska. Na koniec świata można dojechać rowerem po równym asfalcie, a potem kilometr szutrową ścieżką. Finistére, czyli „Koniec świata” – tak nazywa się najbardziej wysunięta na zachód cześć Bretanii.

Pomysł przejechania rowerami Bretanii zrodził się któregoś wieczoru, w czasie błądzenia palcem po mapie i abstrakcyjnych dyskusji, dokąd można by pojechać. Z początku wydawał się całkowicie nierealny, w końcu to dwa tysiące kilometrów w jedną stronę, jednak im bliżej wakacji, tym bardziej dochodziliśmy do wniosku, że jednak jest do zrealizowania. W końcu, w lipcowy poranek, bladym świtem pakujemy sprzęt turystyczny i rowery do pozbawionej tylnych siedzeń leciwej vectry i ruszamy. Przed dziewiątą jesteśmy już na berlińskim ringu. Problemy zaczynają się w okolicach Hanoweru. Najpierw korek, w którym ślimaczymy się przez godzinę, a potem ściana deszczu. I tak do granicy belgijskiej. Nocleg zaplanowaliśmy na kempingu w Reims, mając nadzieję, że uda się zobaczyć słynną katedrę. Niestety, mimo wyraźnego znaczka na mapie, w mieście kempingu nie ma, o czym przekonujemy się, błądząc po skądinąd pięknych uliczkach przez prawie godzinę. Decydujemy się zatem jechać na południe, ufając, że tam coś znajdziemy. Robi się powoli ciemno. W końcu zdesperowani i wściekli zatrzymujemy się na pierwszym parkingu, wyrzucamy wszystko z bagażnika i tam mościmy sobie posłanie. Na liczniku 1300 przejechanych kilometrów, 15 godzin jazdy non stop. Zasypiamy momentalnie. Następnego dnia skoro świt, po lekkim śniadaniu, złożonym z resztek zapasów z kraju, oraz po umyciu twarzy i zębów wodą mineralną z butelki, ruszamy na zachód. Mam złe przeczucia, bo najkrótsza droga do Bretanii wiedzie przez środek Paryża. Jednak jest sobota, więc może uda się uniknąć korków. Niestety, pakujemy się w „bouchon”, posuwający się w tempie dwóch kilometrów na godzinę. W porywie desperacji wykorzystujemy pierwszy lepszy zjazd z autostrady i wjeżdżamy do centrum miasta.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”


 



Zdjęcie: Marek Zgaiński