okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8 (18)/2009 >> Co dzień obowiązkowo – lody i kąpiel w morzu

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> ze Świnoujścia na Hel


Co dzień obowiązkowo – lody i kąpiel w morzu

Marek Miłoszewski
Dojechaliśmy!

Tylko nas dwóch. Tata i syn. Rowery, prawie 500 kilometrów wzdłuż wybrzeża Bałtyku. I podziw mijanych sakwiarzy: taki mały, ma zaledwie 9 lat, a jedzie tak daleko. Czy można wyobrazić sobie bardziej udane wakacje?

Zrywamy się bladym świtem, żeby zdążyć na pociąg i o godzinie siódmej wystartować ze Świnoujścia. Tego pierwszego etapu ze Świnoujścia do Międzyzdrojów obawialiśmy się najbardziej. Jednak mimo, że to droga krajowa, a na niej sporo ciężarówek, gładki asfalt i bardzo szerokie pobocze sprawiają, że jedzie się bezpiecznie i komfortowo. W Międzyzdrojach wjeżdżamy na molo, ale zaraz z niego uciekamy, przeganiani ostrym wiatrem. Na szczęście wieje cały czas w kierunku wschodnim, czyli w nasze plecy, co bardzo pomaga nam w jeździe. Przysiadamy jeszcze na moment obok Gustawa Holoubka na nowej ławeczce-pomniku i pędzimy dalej.
Za Międzyzdrojami zaczyna się chyba najniebezpieczniejszy odcinek wyprawy. Wąska droga wije się pomiędzy wzgórzami Wolińskiego Parku Narodowego, głębokie ryn-sztoki zamiast pobocza i pędzące samochody. W nagrodę – towarzystwo przepięknej przyrody. Warto na chwilę zboczyć z trasy, żeby odwiedzić zagrodę żubrów.
Gdzieś w okolicach Międzywodzia widzimy na łące parę zwijającą namiot i pakującą sakwy. Machamy do siebie i pedałujemy dalej. Jak się później okaże, nie będzie to ostatnie nasze spotkanie.
W Dziwnowie odwiedzamy Aleję Gwiazd Sportu (Mateusz po dłuższym poszukiwaniu odnajduje sławy kolarskie), w Trzęsaczu – słynne ruiny gotyckiego kościoła, regularnie podmywane przez morze. Kiedy budowano świątynię (przełom XIV i XV wieku), oddalona była aż o dwa kilometry od brzegu. Na noc zatrzymujemy się w Rewalu, choć Mateusz zdecydowanie domaga się dalszej jazdy. – Dawaj tata, machniemy dziś setkę – przekonuje. Przy wyborze pola namiotowego popełniamy taktyczny błąd – lokujemy się tuż obok wesołego miasteczka. Na szczęście zmęczenie i wrażenia z całego dnia zapewniają nam sen, nieczuły na pokrzykiwania pasażerów karuzel i kolejek. Wcześniej jednak zaliczamy obowiązkowo lody i kąpiel w morzu.
Jest bardzo zimno. Dobrze, że póki co pogoda ma niewiele wspólnego z prognozami, które zapowiadały intensywne deszcze.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”
 



Zdjęcie: Marek i Mateusz Miłoszewscy