okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8 (18)/2009 >> 8 (18)/2009 >> „Diabeł”, który duszę zaprzedał kolarstwu

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

W cztery oczy >> Marek Galiński


„Diabeł”, który duszę zaprzedał kolarstwu

Z Markiem Galińskim, nie tylko o kolarstwie górskim, rozmawia Piotr Kurek
Marek Galiński pierwszy na mecie. Zawody Lang Team Grand Prix MTB w Bielawie (16 maja 2009)

W tym roku po raz czternasty z rzędu odbyły się zawody XC, organizowane przez Czesława Langa, w których po raz dziesiąty wygrał Pan w klasyfikacji generalnej mężczyzn. Czy już nie nudzą Pana te sukcesy?
– Mnie każdy sukces cieszy. Jest to dla mnie najlepsza motywacja do uprawiania sportu, który kocham i uwieńczenie trudu, jaki wkładam w to, by wygrywać. Nie zawsze się to udaje, ale w tym roku poza ewidentnym pechem w Szczawnie Zdroju (kiedy powietrze, aż dwa razy, uchodziło mi z tylnego koła), edycje w Bielawie, Nałęczowie i Gdańsku wygrałem zdecydowanie i zwyciężyłem też w klasyfikacji generalnej.

Czy pamięta Pan swoje pierwsze zawody?
– Był to wyścig szosowy w rejonie Opoczna, pod koniec 1989 roku, ja zaś byłem młodym zawodnikiem. Kolarstwo polskie zupełnie inaczej wówczas wyglądało. Działało dużo klubów sportowych, które miały wielu zawodników. W takim wyścigu regionalnym startowało około 200 kolarzy w jednej kategorii wiekowej.

Kiedy trafił Pan do kolarstwa?
– Dość późno, po skończeniu szkoły podstawowej – w 1989 roku. Tak na dobrą sprawę wszystko rozpoczęło się od kolarskich wyścigów przełajowych. Moim pierwszym klubem była Opocznianka. Z nią byłem związany przez półtora roku. W tym czasie chodziłem do Technikum Mechanicznego w Drzewicy. To było osiem kilometrów od mojej miejscowości rodzinnej – Mroczkowa (teraz nazywa się Mroczków Duży).

Kiedy uznał Pan, że na poważnie trzeba zająć się kolarstwem?

– Kiedy chodziłem do pierwszej klasy szkoły średniej w Drzewicy, jeździłem w Opocznie. Później przeniosłem się do Technikum Mechanicznego w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie się uczyłem i zacząłem startować. W Tomaszowie zacząłem traktować kolarstwo bardziej na poważnie. Było to w Klubie Sportowym Start Tomaszów Mazowiecki i tam zacząłem wygrywać pierwsze wyścigi – przełajowe i na szosie. Tak właśnie trafiłem do kadry narodowej juniorów w kolarstwie przełajowym. W tym czasie kolarstwa górskiego jeszcze w Polsce nie było. Na szosie powodziło mi się wówczas nieźle – jako junior wywalczyłem tytuł wicemistrza Polski.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”

 



Zdjęcie: Piotr Kurek