okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8 (18)/2009 >> 8 (18)/2009 >> Kilka „naj” na dachu Ameryki

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> Andy


Kilka „naj” na dachu Ameryki

Dorota Trzcińska
Bracia Paweł i Marek Dusza postanowili wytyczyć na rowerach najdłuższy oraz najwyżej położony rowerowy szlak świata

Bracia Paweł i Marek Dusza, znani jako Duszak Team spełnili swoje marzenia. Udało im się wejść na Aconcaguę (6962 m n.p.m.), najwyższą górę Ameryki Południowej i drugi szczyt Korony Ziemi, zdobyć najwyższy rowerowy podjazd świata – Aucanquilchę (6176 m n.p.m.), poznać najbardziej suchą pustynię naszej planety – Atakamę, przejechać na rowerach Salar de Uyuni – największe solnisko oraz jeden z najbardziej płaskich obszarów świata.

Przygotowania do wyprawy trwały dwa lata. Chcieliśmy jak najwięcej dowiedzieć się o rejonie, do którego planowaliśmy pojechać. Zbieraliśmy informacje, mapy, dużo czytaliśmy o rzeczach, które mogły okazać się przydatne. Jednak wyobrażanie sobie, z pozycji mola książkowego, jak wygląda tak ekstremalna wyprawa, jest trudne. Przede wszystkim ze względu na różnice, jakie otwiera rzeczywisty świat wysokich gór, kraina, jakiej nie znamy, a której bogactwo, by w pełni je zrozumieć, trzeba poznać każdym ze zmysłów: zobaczyć, poczuć, dotknąć…
Tego właśnie pragnęliśmy. Przekonać się na własnej skórze, że życie w Andach jest niepodobne do tego, do którego przywykliśmy – nocy bliżej jest do dnia, wulkany mruczą, a zwierzęta podchodzą wyjątkowo blisko do człowieka.
Podróż samolotem trwała dwadzieścia jeden godzin. Przelot z trzema przesiadkami początkowo uznaliśmy za wielkie wyrzeczenie przed wspaniałą przygodą. Szybko jednak odeszło ono w niepamięć przy hektolitrach wylanego potu i częstym uczuciu braku powietrza, które towarzyszyło nam podczas podróży na dwóch kółkach. Z Santiago de Chile autobusem dojechaliśmy do Arica – miejsca startu wyprawy. Podróż rozpoczęliśmy więc znad Pacyfiku, z obszaru równego poziomowi morza.
Tuż po starcie po raz pierwszy musieliśmy łatać oponę. Droga, która na początku wydawała się prosta i przyjemna, szybko zmieniła się, pokazując swoją prawdziwą twarz. Nachylenie z wygodnych dwóch i pół procenta wzrosło czterokrotnie, a wraz z nim również temperatura. Gorące słońce, ponad 50 stopni Celsjusza. Skóra zdaje się nie czuć grubej warstwy kremu z filtrem UV60. Ponadto siły grawitacji ze zdwojoną siłą przypominały nam nie tylko o sobie, ale również o bagażu, który ciągnęliśmy za rowerami. Ograniczony do minimum i tak okazał się sporym balastem.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”
 



Zdjęcie: Marek i Paweł Dusza