okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2008 >> Masa może więcej

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia


Masa może więcej

Filip Springer
Masy Krytyczne odbywają się we wszystkich miastach na świecie. W Polsce to kilkadziesiąt miejsc
Przejazd kilku tysięcy rowerzystów przez miasto może spowodować, że kierowcy dostaną furii i kiedyś, w ruchu, zemszczą się za godziny spędzone w korku. Ale może być zupełnie inaczej, a rowerowa Masa Krytyczna zamiast podziemnym protestem stanie się rowerowym świętem.

Wyobraź sobie skrzyżowanie ulic w jednym z chińskich miast. Nie ma świateł, za to są setki, tysiące samochodów. Każdy chce przejechać na drugą stronę. Wśród tego wszystkiego rowerzyści. Jeden, dwóch, dziesięciu. Korek samochodowy jest taki, że nie mogą się ruszyć, są za mali, by wymusić pierwszeństwo. Dwudziestu, pięćdziesięciu, stu. Samochody nieprzerwanym strumieniem pokonują skrzyżowanie. Rowerzyści stoją – dwustu, trzystu, pięciuset. W końcu ruszają. Całą masą. Masą Krytyczną.

Dramatyczna walka

Tak realia chińskiego ruchu drogowego opisywał w 1992 roku George Bliss, amerykański dziennikarz. W filmie dokumentalnym Teda Whites’a „Return of the Scorcher” pierwszy użył sformułowania „critical mass” na tłum rowerzystów, który dramatycznie walczy o swoje prawa. Kilka miesięcy po premierze „Return of the Scorcher”, w sierpniu 1992 roku w San Francisco odbyła się pierwsza Masa Krytyczna. Wzięło w niej udział 48 osób na rowerach. Przejechali przez miasto, skutecznie blokując ruch samochodowy i sprawiając, że znaczna część miasta stanęła w gigantycznych korkach.

Od tego czasu Masy Krytyczne odbywają się we wszystkich większych miastach całego globu. Od Nowego Jorku, przez Paryż, po Warszawę, zawsze w ostatni piątek miesiąca rowerzyści wyjeżdżają na ulice i manifestują swoją obecność. – Nadal tutaj jesteśmy, zacznijcie nas zauważać, nie chcemy Wam przeszkadzać, ale chcemy być bezpieczni. Mniej więcej o to chodzi – mówi Aleks Bartkowiak z rowerowej inicjatywy Granda Propaganda w Poznaniu.

Masa wzbiera

Idea szybko zyskała na popularności. Co miesiąc Masa w San Francisco powiększała się o kilkuset nowych rowerzystów. W tej chwili największe amerykańskie Masy gromadzą, każdego miesiąca, kilkanaście tysięcy cyklistów, którzy przejeżdżają przez miasta w godzinach największego szczytu. Kierowcy dostają szału w korkach, rowerowe dzwonki robią niesamowity hałas, potem rowerzyści znikają. – Chodzi o to, żeby przypomnieć kierowcom, że rowerzyści istnieją i mają prawo do korzystania z ulic. Masowa demonstracja jest najlepszym sposobem – mówi Marcin Czajkowski ze sztabu organizacyjnego warszawskiej Masy Rowerowej.

Idea jest prosta. Jednego dnia, o ustalonej godzinie i w ustalonym miejscu spotykają się miejscy rowerzyści i nie robią nic innego jak tylko korzystają ze swojego prawa do użytkowania dróg. – A że robimy to w kilkaset osób, na raz w jednym miejscu, to już inna sprawa. I kwintesencja Masy – wyjaśnia Czajkowski.

W tej chwili Masa odbywa się w kilkudziesięciu polskich miastach. W Warszawie, Szczecinie czy Gdańsku co miesiąc wyjeżdża na ulice tysiące rowerzystów. Za każdym razem swój przejazd starają się jakoś urozmaicić. W grudniu jadą przebrani za Świętych Mikołajów, w październiku w strojach Halloween. Ale tak jak w San Francisco szesnaście lat temu, tak i teraz kierowcy, na widok kolorowego i hałaśliwego tłumu rowerzystów, dostają szału. A miasto na krótką chwilę staje w korkach.

Masa podziemna

Początki Masy to całkowite podziemie. I to zarówno za oceanem jak i w Polsce. Ot, po prostu rowerzyści zbierali się w jednym miejscu i ruszali. Pojawiali się szybko i szybko znikali. Policja zajęta rozładowywaniem korków nie miała czasu i ochoty na łapanie cyklistów.

– Ale pewnego dnia to się zmieniło. To był czerwiec 2002 roku, w warszawskiej Masie brało udział kilkuset rowerzystów, policja wzięła sobie do serca wcześniejsze doświadczenia i rozpędziła manifestację – wspomina Czajkowski. I jednocześnie dodaje, że na następną Masę przyjechało dwa razy więcej rowerzystów. – Poszła fama, że chcą nam zamknąć usta, a to przecież świetna reklama – śmieje się Czajkowski.

Do śmiechu nie było mu jednak rok później, gdy policja po roku przepychanek postanowiła ostatecznie rozprawić się z warszawską Masą. – To był też czerwiec, zapędzili nas na Most Świętokrzyski, a potem zamknęli go z dwóch stron na trzy godziny. W środku dnia. Spisali ponad 1000 osób, zagrozili wnioskami do sądów grodzkich. Wszystko wyglądało fatalnie – wspomina Czajkowski.

Podobne wspomnienia mają organizatorzy poznańskiej Masy. – Któregoś razu w tłum rowerzystów wjechał z premedytacją kierowca. Na siłę chciał się przebić, ktoś urwał mu lusterko, on wjechał komuś na rower. Rowerzyści go zablokowali, zrobiło się gorąco, wkroczyła policja – wspomina Aleks Bartkowiak. Sprawa zakończyła się wezwaniami do sądów dla kilkudziesięciu rowerzystów, a nawet dziennikarzy obserwujących wydarzenie. Tak było wszędzie, sypały się mandaty, a rowerzyści zaczęli się zastanawiać, czy Masy nie warto zalegalizować.

Masa na legalu

– To był pomysł policji, zadzwonili do nas po tej akcji na Świętokrzyskim, zaproponowali spotkanie – mówi M. Czajkowski. Poszli w pięć osób, usłyszeli, że albo zaczną legalizować Masę, albo co miesiąc będą spisywani.

Zdjęcie: Jakub Wittchen