okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 4 (14)/2009 >> Dla mnie masz stajla!

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> pokaż mi rower


Dla mnie masz stajla!

Filip Springer
Magda Sypniewska: jedna z nielicznych miłośniczek BMX w Polsce. Dzięki temu, gdziekolwiek nie startowałaby, zajmuje czołowe miejsca

Myślisz, że jeździsz na rowerze tylko dlatego, by mniej lub bardziej przyjemnie przemieszczać się z punktu A do punktu B? Błąd! Wyciągając rower z piwnicy, dokonujesz wyboru, który wpłynie na twój wizerunek. Czy tego chcesz, czy nie.

Na początek krótki test: czym kierujesz się podczas dokonywania zakupów w sklepie? Potrzebami i zasobnością portfela – odpowiesz z przekonaniem, pewnie trochę modą – przyznasz po chwili z zawstydzeniem.
– W 100 procentach klientem rządzą emocje – mówi podczas swoich szkoleń trenerskich Robert Kozak, wiceprezes polskiego oddziału Brian Tracy International, globalnej organizacji doradczo-szkoleniowej. – Potrzeby, możliwości finansowe i inne wymieniane powody to tylko zgrabne racjonalizowanie sobie wyboru, który został dokonany na podstawie rządzących nami emocji. Jesteśmy mistrzami tłumaczenia sobie, że czegoś potrzebujemy.

Przedmioty to emocje
Specjaliści od wizerunku są zgodni. To, jak nas postrzegają inni (lub jak chcemy, by nas postrzegali), zależy w dużej mierze od tego, jakimi przedmiotami się otaczamy. Przykłady można mnożyć. Dlaczego Apple Steve’a Jobsa święci takie triumfy, mimo że udział tej firmy w światowym rynku komputerów i oprogramowania ma się nijak do pozycji Microsoftu – producenta Windowsa? Dlatego, że za funkcjonalnością produktów spod znaku nadgryzionego jabłka poszła wielka kampania wizerunkowa. Mac, iPhone i iPod to symbole bycia niezależnym, kreatywnym, wyluzowanym i myślącym całkowicie po swojemu. W świecie pracowników agencji reklamowych, niezależnych dziennikarzy czy fotografów posiadanie MacBooka z niezbędnym świecącym białym jabłuszkiem jest niemal konieczne. Dla postronnych to komunikat – mam sporo pieniędzy w kieszeni, ale nie wywyższam się, nie jestem pracownikiem korporacji, myślę i działam niezależnie. Ile prawdy jest w tym komunikacie, zależy już od osobistych uwarunkowań. Nie ma to żadnego związku z komputerem, jakiego się używa.
Dlatego już sam fakt jeżdżenia na rowerze, jest przez innych postrzegany jako pewna forma komunikatu.
– Rower jako komunikat jest inaczej odczytywany w mieście, a inaczej na wsi – mówi Rafał Kasprowicz, specjalista do spraw wizerunku i reklamy jednej z firm dystrybuujących odzież i sprzęt sportowy. W mieście pedałowanie jest symbolem pewnej niezależności. Jednocześnie wsiadając tam na rower, komunikujemy innym – zobaczcie, jestem aktywny, dbam o środowisko i mogę się pośmiać z was, gdy stoicie w korkach – samochody są dla tradycjonalistów! Nie ma znaczenia, że w naszym garażu też stoi auto, jadąc na rowerze, jesteśmy trochę w opozycji, czasem nawet rozgrzeszamy się w ten sposób.

Co komu pasuje?

Nie wystarczy jednak wsiąść na rower, by komunikat wysłany (świadomie czy też zupełnie podświadomie) do społeczeństwa był precyzyjny i czytelny.
– Miłośnik francuskich egzystencjalistów na BMX-ie? Raczej nie. Na rowerze górskim? Już prędzej, ale coś zgrzyta. Na holenderskiej damce? Oczywiście, tak! – wyjaśnia Kasprowicz. – Teraz pytanie… Skoro holenderska damka pasuje nam do intelektualisty, to co chce pokazać ktoś, kto na taki rower wsiada, choć intelektualistą nie jest?
Dlatego tyle, ile rowerów, tyle rowerowych styli, mód i trendów. Warto się im przyjrzeć. Nie po to, by je powielać (choć, jak oceniają specjaliści, i tak będziemy to robić – chcemy tego czy nie), ale by bardziej świadomie patrzeć na rzeczywistość, która nas otacza.
Zacznijmy od „ostrokołowców”. To chyba najdynamiczniej dziś rozwijająca się grupa rowerzystów i chyba najbardziej rozpoznawalna w gąszczu miejskiej dżungli. Mimo że stanowi ciągle zaledwie nikły procent wszystkich rowerzystów.
– Ostre koło to rower w czystej postaci – wyjaśnia Eliza, studentka z Warszawy i jedna z nielicznych w tym mieście dam, używających roweru bez przerzutek i tradycyjnych hamulców. – Maksymalna prostota, pełna prędkość, całkowita wolność. Do tego obowiązkowa gumowana torba kurierska, drewniane kolczyki w uszach, dredy, przekłuta warga lub brew. Słowem – anarchia.
Rzeczywiście, użytkownicy ostrego koła to grupa z daleka wyróżniająca się w tłumie. W większości polskich miast to spośród nich rekrutują się miejscy kurierzy. A jeszcze niedawno, raptem dwa lub trzy lata temu, ostre koło było czymś całkowicie nieznanym w szerszym kręgu odbiorców. Dziś użytkownicy tego typu rowerów jednoznacznie utożsamiani są z kulturą skrajnie alternatywną, ruchami alterglobalistycznymi czy anarchistycznymi. Koniunkturę już wyczuli producenci rowerów, firma Kross, jedyny polski producent tego typu jednośladów, nazwał swoje rowery z tej kolekcji: Unforgiven (niewybaczalny), Streetscraper (ulicozagarniacz), Decei-ver (kłamca – wygląda jak ostre koło, ale ma przerzutki!).
– Podjeżdżam na rowerze i słyszę od „białych kołnierzyków” pogardliwe sformułowanie „lewak” – śmieje się Wojtek Tarnowa, były kurier rowerowy z Warszawy. – Nawet mi to sprawia drobną przyjemność – bo oni też by pewnie chcieli sobie pojeździć na takim fajnym rowerze, ale nie mogą, bo ślęczą przed komputerami.

Zdjęcie: Filip Springer



skomentuj ten artykuł