okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2/2008 >> Droga pod wiszącą agawą

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku


Droga pod wiszącą agawą

Marek Zgaiński
Stara droga z San Vincent do Port Moniz

Są tacy, którzy przed wyjazdem czytają przewodniki, sprawdzają w internecie i zbierają wszystkie dostępne informacje na temat miejsca, gdzie mają zamiar się udać. Żeby nic ich nie zaskoczyło. Ja lubię być zaskakiwany i przed wylotem na Maderę wiedziałem o tej wyspie niewiele.

Taka mieszanka geograficzno-historyczno-gastronomiczna, no może w odwrotnej kolejności, bo Madera najbardziej kojarzyła mi się z winem, potem z Kolumbem, a na końcu z tym, że leży gdzieś na Atlantyku – pół tysiąca kilometrów od Afryki i dwa razy dalej od Portugalii, do której należy.

Tu od razu powinienem sprostować, bo mieszkańcy Madery często podkreślają swoją odrębność i nazywają wyspę „regionem autonomicznym”, no, ale o tym dowiedziałem się dopiero na miejscu.

Dostać się na wyspę można właściwie tylko w jeden sposób. Wykupując zorganizowaną wycieczkę w biurze podróży. Alternatywą jest podróż do najbliższego dużego, europejskiego miasta, bo z Warszawy bezpośrednio nie ma lotów, a stamtąd prosto do Funchal, stolicy wyspy. Na miejscu wynajęcie pokoju w hotelu lub w kwaterze prywatnej nie sprawi kłopotu, ale kogo stać na taką ekstrawagancję? Najprościej wsiąść do czarterowego samolotu, a po wylądowaniu udać się do wyznaczonego przez biuro podróży hotelu. Ale ma to również swoje wady. Czartery traktowane są na lotniskach jak osobowe pociągi na stacjach i jak robi się za duży ruch, puszczają je ostatnie. I nigdy nie wiadomo, o której się wyleci i o której przyleci. A hotele ładnie wyglądają tylko w folderach, w których nie ma ani słowa o tym, że stoją w gąszczu innych hoteli, zatopionych z kolei w rzędach apartamentowców, które je otaczają. To się dopiero okazuje na miejscu. I chcąc nie chcąc, przez cały pobyt trzeba oglądać panoramę sąsiedniej budowy.

Miałem to szczęście, że trafiłem na północ, do położonego na wysokim klifie, niewielkiego hotelu, a z okna widać było długi pas wybrzeża i czysty aż po horyzont ocean.

Więcej – czytaj w numerze „Rowertour”



Zdjęcie: Marek Zgaiński