okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 3 (13)/2009 >> Sleepmonster dopada znienacka

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> rajdy przygodowe


Sleepmonster dopada znienacka

Filip Springer
Rajdy przygodowe w swojej klasycznej formule to sport zespołowy. Soliści nie dadzą tu rady

Nie trzeba być zawodowym sportowcem, by poczuć zwierzęce zmęczenie, obezwładniający ból i na morderczym podjeździe stracić na chwilę oddech. To wszystko i jeszcze więcej gwarantują rajdy przygodowe.

Zaczęło się, jak to zwykle w sportach ekstremalnych bywa, w Nowej Zelandii. Grupka zapaleńców wpadła na pomysł, że skoro razem ścigają się w maratonach biegowych, na zawodach MTB, spływach kajakowych i jeszcze wspinają się na linach, dlaczego nie mieliby robić tego wszystkiego jednocześnie. Tak właśnie powstały rajdy przygodowe, czyli adventure racing (AR), a Nowozelandczycy do dziś wiodą w nich prym.

Multi

O co chodzi? O multidyscyplinarne zawody sportowe, na których podczas jednej imprezy zawodnicy ścigają się pieszo, kajakami, na nartach biegowych czy rakietach śnieżnych. Bez względu jednak na to, cokolwiek by organizatorzy wymyślili, obowiązkowym punktem programu zawsze jest rower.
Wyścig zwykle trwa non stop – od startu do mety, bez zatrzymania czasu. Zawodnicy starają się więc jak najmniej odpoczywać i przede wszystkim rezygnują ze snu. Po kilkudniowej imprezie, na której spali zaledwie kilkanaście minut, nawet najlepsi mają halucynacje i wzrokowe omamy, nazywane przez nich rozkosznie sleepmonsterem.
Oprócz zmian środka transportu, na zawodników czekają także zadania specjalne. Polskie imprezy mają już na świecie renomę takich, na których wyjątkowo ciekawe są zadania linowe – wychodzenia kątowe, wspinaczka, zjazdy z urwisk (również z rowerami). Na jednej z rozgrywanych na Śląsku imprez (Nonstop Adventure ZHP) zawodnicy musieli nawet zejść do prawdziwej kopalni i odnaleźć ukryte tam punkty kontrolne. Do dziś na forach internetowych poświęconych polskim rajdom przygodowym zawodnicy wspominają tę przygodę jako niesamowite przeżycie.
Ważnym elementem tej dyscypliny sportowej jest jej zespołowość – soliści muszą schować dumę do kieszeni. Klasyczny AR to czteroosobowy zespół z przynajmniej jedną osobą płci przeciwnej w składzie. Zwykle oznacza to trzech mężczyzn i jedną kobietę, są jednak odstępstwa od tej zasady. W Polsce coraz częściej w rajdach można wystartować we dwoje.
I jeszcze jedno – trasa każdego rajdu jest wyznaczona tylko na mapie i biegnie od jednego punktu kontrolnego do drugiego. A to oznacza, że chcąc wystartować w takiej imprezie, choć trochę trzeba umieć orientować się w terenie.

Masters albo speed
Rajdowy kalendarz ma wypełnione imprezami niemal wszystkie miesiące. Co chwila jest więc okazja, by gdzieś wystartować. Najsłynniejszym polskim rajdem przygodowym jest przede wszystkim Bergson Winter Challenge – rozgrywany zwykle w górach, jedyny polski rajd, będący jedną z eliminacji do rajdowych mistrzostw świata (Adventure Race World Championship). Na starcie tej imprezy co roku stawia się krajowa czołówka, coraz częściej rywalizują z nią najlepsze zespoły z Polski i ze świata.
Najstarszą polską imprezą jest natomiast Adventure Trophy, w ubiegłym roku rozgrywane tradycyjnie w długi majowy weekend pod marką Zamberlan. Są też jesienne Mistrzostwa Polski w Rajdach Przygodowych.
– Wszystkie te imprezy to jednak duże i dość trudne rajdy dla doświadczonych zawodników – mówi Marek Woźniczka, zawodnik zespołu „Nonstop Adventure ZHP”. Marek wie, co mówi, bo oprócz tego, że startuje w największych imprezach tego typu, wraz z przyjaciółmi organizuje także rozgrywane właśnie na Śląsku „Wyzwanie”.
– Cały czas pracujemy nad taką formułą tej imprezy, by zachęcić do udziału w niej osoby niezajmujące się tym sportem na co dzień. Krótkie rajdy to może być doskonała przygoda dla każdego – przekonuje Marek Woźniczka.

Na krótko
Czym różnią się krótkie rajdy przygodowe od klasyków? O ile Bergson Winter Challenge czy Advenure Trophy mają po więcej niż 300-400 kilometrów i żeby je ukończyć, trzeba mieć doskonały sprzęt, wielkie doświadczenie i żelazną kondycję, o tyle krótsze imprezy są często nie dłuższe niż 100 kilometrów i nie wymagają specjalistycznego wyposażenia.
– Chodzi o to, by posmakować sportowej rywalizacji, nie kładąc na szali swojego zdrowia i tygodnia urlopu z pracy – wyjaśnia Igor Błachut, organizator rozgrywanego w okolicach Bytowa Rajdu 360.
Organizatorzy krótkich imprez tego typu podkreślają, że to ma być przygoda dla każdego! Na 100-120-kilometrowej trasie (ale bywają też takie, gdzie trzeba pokonać zaledwie 60 kilometrów) większość dystansu pokonuje się na rowerze. Do tego dochodzi kilkanaście kilometrów marszu, czasami kilka symbolicznych kilometrów kajakiem (sprzęt dostarczają organizatorzy) i jakieś łatwe zadanie linowe (w uprząż wpina doświadczony instruktor). Także wpisowe na taką imprezę ogranicza się do kilkudziesięciu złotych – w zamian otrzymamy możliwość noclegu, pamiątkowy dyplom i koszulkę.

Menu
– Mitem jest, że rajdy przygodowe to sport dla wyczynowców. Krótkie imprezy ukończyć może każdy, kto choć trochę się rusza, uprawia turystykę, jeździ na rowerze – mówi Paweł Fąferek, jeden z najbardziej doświadczonych organizatorów tego typu imprez w Polsce.

Zdjęcie: Filip Springer



skomentuj ten artykuł