okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2008 >> 1/2008 >> Dwa koła jak buty siedmiomilowe

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

W cztery oczy


Dwa koła jak buty siedmiomilowe

rozmawia Izabela Dachtera
 
Z Henrykiem Sytnerem, dziennikarzem radiowej „Trójki” i dobrym duchem rowerzystów, rozmawia Izabela Dachtera

Pamięta pan swój pierwszy rower?

– Oczywiście, że pamiętam, jak chyba każdy, kto był dzieckiem. Najpierw długo o nim marzyłem. Pojawiał się w snach, w listach do świętego Mikołaja, wydawał się gwiazdką z nieba. Obiecywałem sobie i komuś tam z góry, kto ma wpływ na spełnianie marzeń, że już o nic więcej nie poproszę, bo własny rower to absolutnie wszystko, co chcę mieć. I nagle, niespodziewanie, pojawił się w moim życiu on, czyli bałtyk, polski rower, zakupiony przez rodziców w domu towarowym na Koszykach, w Warszawie. Dzień, w którym go dostałem, uznałem za wyjątkowy, niezwykły, jedyny i niepowtarzalny.

Na początek była Warszawa?

– Miasto mojego dzieciństwa wydawało się miejscem, po którym można podróżować, a raczej pedałować bez końca. Ludzie przyglądali mi się z zaciekawieniem, bo rowerzyści traktowani byli wówczas jak egzotyczne zjawisko. Tacy niegroźni szaleńcy. Rower i jazda dla przyjemności, bez specjalnego celu – to nie mieściło się nikomu w głowie. Nawet nie myślałem o tym, że kiedyś przejadę na dwóch kołach spory kawałek Australii, Afryki, Europy i, co ciekawe, nie cierpiałem z tego powodu, bo to było trochę tak, jakby dziś marzyć o locie na Księżyc. No… pomarzyć można, i tyle. Więc jeździłem tym swoim bałtykiem po Warszawie, najpierw po ulicach, potem zacząłem wypuszczać się poza miasto. Na przykład przez Wilanów do Powsina i Konstancina, do tężni, pierwszą ścieżką rowerową. Lubiłem też pedałować przez Bielany, do Zalewu Zegrzyńskiego. Tam zostawiałem rower i wsiadałem na łódkę lub kajak.

Pierwszy był bałtyk, a ostatni?

– Teraz mam chyba pięćdziesiąty rower. Wiele lat jeździłem na rowerach produkowanych przez Romet – pasatach, wagantach, popularnych komunistycznych rowerach turystycznych o średnicy koła 29 cali. Ale świat szedł do przodu i konstruktorzy rowerów również nie pozostawali w tyle. Dzisiejsze rowery są wytrzymalsze, lżejsze, mają więcej biegów. Są staranniej złożone, bardziej ergonomiczne.

Zdradzi pan, czym jeździ?

– Ale to żadna tajemnica. Na garym fisherze. Marka mówi sama za siebie. Często jeżdżę po górach, używam więc roweru, który do tego idealnie się nadaje. Nie jestem szaleńcem, ale lubię wiedzieć, co nowego na rynku, choćby tylko teoretycznie, i czasem coś tam sobie zmieniam. Najważniejszy jest dla mnie komfort, wygoda podczas jazdy.

Henryk Sytner

Popularnie zwany „Heńkiem”. W radiowej Trójce zajmuje się sportem i turystyką. Inicjator wielu wycieczek rowerowych. Przygotowuje oraz prowadzi audycje „Medal dla każdego", „Gimnastyka Henryka", „Wakacje na dwóch kółkach" oraz „Wiadomości dla narciarzy" – właśnie, kiedy nie jeździ na rowerze, najłatwiej spotkać go na stoku. W 2005 roku uhonorowany Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „Rowertour”

Zdjęcie: Archiwum Henryka Sytnera