okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> Gdybym miał wodę

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Boliwia i Argentyna


Gdybym miał wodę

Wojciech Ganczarek
Serpentyny na zjeździe z przełęczy Lipan, 4170 metrów n.p.m.
– Wikuni się nie znakuje – mówi. – Wikunie – przerywa, palcem wskazuje niebo, ciemne oczy ukryte pod wełnianą czapką wędrują w górę – wikunie należą do Boga. Na pustynnym pograniczu Boliwii z Argentyną podróżuje się wśród zwierząt. Ludzie wyjechali, wyszli w pole albo tańczą.
 
Gdy wjechałem do Salitre, wydawało się, że w wiosce nie mieszka nikt. Z metalowych drzwi wciśniętych w grube ściany glinianych domów zwisały tylko samotne kłódki. Ile tych domów: dziesięć, może dwanaście.
– Tam jeszcze mieszka jeden sąsiad – wełniana czapka wskazuje najlichszą z chałup: trzy przytulone do siebie klitki, które wyrastają z piaszczystej ziemi zaraz za murem kościoła.
Po prawej stronie świątyni rozciąga się długi na dobrych kilkadziesiąt metrów prostokąt ruin, gdzie dawniej – w epoce panów, jak ktoś powiedział – mieścił się garnizon wojskowy. Pozostałości ścian, przez dziesiątki lat rzeźbione południowym wiatrem, nie sięgają dziś wyżej niż na dwa metry.
– Sam mieszka, dzieci w Argentynie – mówi stary.
Ta sama opowieść we wszystkich opustoszałych wioskach południowej części boliwijskiego płaskowyżu, Altiplano: gdzie się podziali mieszkańcy? Są w pracy: w Chubut, w Patagonii, w Ziemi Ognistej.
Salitre ma jedną główną aleję i jedną uliczkę boczną: od kościoła w lewo. Szarawą świątynię zdobią dwie wieże i blaszany dach. To wiele, bo większość budynków w wiosce pokrywa słoma zmieszana z kamienistym błotem. Tynk odpada w obszernych łatach, odkrywając potężne, długie cegły z suszonej gliny. Teren przykościelny tonie w chaszczach, msza odbywa się dwa razy w roku.
– Stawiają jeden stolik tu – wskazuje ręką pod nasze stopy. – Drugi tam – wskazuje na tyły kościoła. – I robią procesję – mówi. – To się chyba nazywa Boże Ciało.
Przy końcu bocznej uliczki stoi motor. Obok, w półokręgu ułożonym starannie z wysuszonych na słońcu gałęzi niskich, niesięgających kolan krzewów, siedzi kilka osób. Te gałęzie służą potem jako jedyny opał w glinianych, półkolistych piecach, które stoją na podwórkach. Mężczyzna w granatowej kurtce przemawia żarliwie do garstki zebranych. To nauczyciel. Słuchaczy jest czworo: wełniana czapka – szczupły, starszy człowiek o kościstej twarzy przeoranej zmarszczkami i wiatrem, do tego rumiany dwudziestolatek i dwójka dzieci.
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 


Zdjęcie: Wojciech Ganczarek