okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

strona główna >> Pętelki warte grzechu

poradniki

Palcem po mapie

Błądzić jest rzeczą ludzką, jednak zagubienie podczas wycieczki rowerowej jest w stanie zburzyć radość, którą czerpiemy z jazdy.... »

Od drewna do karbonu

Nie ulega wątpliwości, że koło to jeden z najistotniejszych wynalazków ludzkości. Od tysięcy lat znajduje zastosowanie niemal we... »

Na szlaku >> Beskid Śląski i Beskid Mały


Pętelki warte grzechu

Krzysztof Grabowski
Odbudowany kościół na Stecówce
W ostatnich latach popularnym pojęciem jest „produkt turystyczny”. Termin to złożony i bardzo pojemny, ale mi najbardziej podoba się zdanie z definicji Jacka Kaczmarka, którą zawarł w książce o tymże tytule: „Produkt turystyczny to także wszystko, co kupują, robią oraz przeżywają turyści, od chwili opuszczenia domu aż do powrotu z podróży”. 
 
Pętla Beskidzka takim produktem jest od dawna, chociaż nikt go w całości sobie nie przywłaszczył, nie zdefiniował i nie sprzedaje. Natomiast wszystko to, czego można doświadczyć w okolicy Kocierza, produktem zaczyna pomału się stawać. Oba je „kupiłem”, przeżyłem i skonsumowałem na rowerze w ciągu dwóch czerwcowych dni 2019 roku.
Pętlę Beskidzką w ten najbardziej klasyczny, drogowy sposób objeżdżałem już w odległej młodości na wagancie przerobionym na kolarkę. To było nie lada wyzwanie, bo przekraczało magiczną granicę długości 100 kilometrów. Później porzuciłem szosę na rzecz roweru górskiego, co trwało co najmniej dwie dekady. Obecnie za sprawą rowerów gravelowych powróciłem do kierownicy typu baranek z tą dawno zapomnianą radością. Objazd słynnego drogowego okrążenia po Beskidzie Śląskim miał być pewnym minisprawdzianem. Ponieważ równolegle do zachwytu nad gravelami zafascynowałem się w ostatnim czasie rowerami elektrycznymi, postanowiłem połączyć, a może raczej skonfrontować, te dwa światy rowerowe. I tak: ja wsiadłem na dość przeciętny rower górski, ale skonwertowany do elektryka, a moja towarzyszka dostała gravela bez wspomagania. Według planu, żeby było uczciwie, mieliśmy się zmieniać na trasie, ale wyszło nieco inaczej. Owym testem miało być sprawdzenie zasięgu jazdy elektrykiem na bardzo małej baterii 
(5 Ah), lecz w rezultacie przerodziło się to w rywalizację i test, kto wróci z podróży mniej zmęczony. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 

 



Zdjęcie: Krzysztof Grabowski