okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10/2019 >> Proszę, błagam i nawołuję

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu >> Bajew-ów 2-óch


Proszę, błagam i nawołuję

 
Mniej więcej wyglądało to tak: przejechałem rowerem na czerwonym, po pasach. Pierwszy strzelił do mnie uliczny sprzedawca gumowych szpilek i kierownic autonomicznych, ale nie trafił, a w pościg za mną rzucił się ze sklepu rybnego ogromny świeży karp z Podlasia. Mój rower od razu wszedł w tryb „auto escape”, ale miał starą wersję mapy w GPS i mknął wprost na lądowisko dla żółwi. Wiedziałem, że tam będzie ciężko się przebić, żółwie zawsze czepiają się rowerzystów, mierzą wzrost i wagę, a za brak certyfikatu na dzwonek wlepiają wysokie mandaty. Pedałowałem z całych sił, licząc, że może uda mi się złapać koło jakiegoś szybkiego pojazdu, bo moje skromne 145 km/godz. nie dawało zbyt wielkich nadziei na skuteczną ucieczkę przed zaciekle ścigającą mnie rybą i ominięcie żółwich posterunków. Uruchomiłem czołowe naprowadzanie, by moje pociski umieszczone w karbonowej ramie miały czas uzbroić się w głowice. Radar sygnalizował lecące już w moim kierunku rakiety, automatycznie odpalone przez państwowy nowoczesny system „Anti Bike Defence”. Miałem około 40 sekund, by zniknąć z linii ich zasięgu i wjechać do strefy przeznaczonej dla ucieczkowiczów. Tam byłbym nietykalny przez 12 godzin. Ale na ogonie miałem jeszcze tę szaloną rybę, którą zalatywało z każdą chwilą coraz bardziej i mocniej. Karp siedział w słoju wyposażonym w rodzaj wrotek o napędzie nuklearnym. Ryby od lat trzymały sojusz i spiskowały z Iranem, stąd miały dostęp do jądrowych technologii. Inni rowerzyści entuzjastycznie mi kibicowali, celując we mnie powietrznymi popychaczami, co jako tako pozwalało mi utrzymać stałą prędkość. Słyszałem pojedyncze eksplozje gdzieś z boku. Zdaje się, że były efektem wczorajszej awantury na kwadratowym rondzie, gdzie doszło do konfliktu pomiędzy taksówkarzami a oddziałem cheerleaderek, szturmującym pasiasty horyzont, utworzony niedawno przez Ministerstwo Bezruchu. 
Musiałem ostro kluczyć, każdy zbliżający się pojazd próbował mnie unicestwić, a kierowcy obstawiali zakłady, w której strefie pola minowego przed żółwim lądowiskiem wylecę z siodła. Strzelać do wszystkich nie mogłem: raz, że posiadałem przestarzałe rakiety, oparte na atomie plutonu, po których użyciu sam musiałbym sprzątać na mieście; dwa, że cztery sztuki to zbyt mało. Nad głową przeleciał mi pojazd Luka Skywalkera zrzucający ulotki. Mój czytnik zintegrowany z manetkami przerzutek odszyfrował z nich tekst: „Nabierz powietrza w płuca i nie kucaj!”. Super, taki sojusznik to coś! Podobno za kanapki z żółtym serem Luke zabierał dziewczyny na księżycowe wycieczki w okolice planety Naboo, a chłopakom czyścił buty. Ja potrzebowałem jedynie otuchy i ewentualnie chwilowej osłony z powietrza przed samonaprowadzającymi się rakietami typu „kierowca – kolarz”. Była 5.40. Zapach ryby jakby ustawał. Czułem z każdą chwilą, jak namierzają mnie ciepłe laserowe promienie. W ręku zaczynał mi wibrować detonator i niebezpiecznie zbliżał się do moich oczu. 
Poczułem lekki podmuch w lewym uchu i głowę bym dał, że usłyszałem dźwięki dobiegające z systemu bezpieczeństwa: „Wstawaj, kochanie, komóra ci dzwoni!”. Wystrzeliłem nagle jak z procy, zamiast na pole minowe i żółwią zasadzkę spadłem z łóżka na dywan. I tu zaskoczenie: Luke okazał ufną twarz mojej żony, laser był zwykłym porannym promieniem słońca, a detonator ewoluował w zwykły telefon i budzik. Godzina 5.40. Zagłada nuklearna została powstrzymana w ostatniej chwili. A jak było naprawdę? Niestety, za przejazd rowerem na czerwonym i po pasach, już w realnym świecie, zostałem niedawno ukarany mandatem. Policjanci słusznie byli wobec mnie nieubłagani. Nie będę głupio się tłumaczył, że było późno, ruch zerowy itd. Wstyd! To zgoła gorsze, niż jakiś tam rybio-atomowy armagedon. Dlatego też z głębokości swojego upadku i moralnej udręki proszę, błagam i nawołuję: bądźmy ostrożni, przestrzegajmy przepisów i zwracajmy uwagę na wszelkie znaki poziome, pionowe oraz świetlne. Bezpieczeństwo to podstawa! Obyśmy z podobnymi do mojego pożałowania godnymi zachowaniami mieli do czynienia nie częściej niż z karpiem w słoju i na wrotkach! 
 
Przemysław Bajew – jeździ na rowerze długo i dużo. Zwiedza świat przeważnie na czas, ale nie są mu obce leniwe przejażdżki. Pasjonat muzyki, książek i filozofii. Refleksje spod kasku snuje nieustannie. Pracuje i mieszka z rodziną w Puławach.
 


Zdjęcie: archiwum Przemysława Bajewa