okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

strona główna >> W pogoni za zorzą polarną

poradniki

Mocne, trwałe i skuteczne

Takie są właśnie nowoczesne hamulce tarczowe. Bez względu na warunki i pogodę zahamują kiedy trzeba.   Początek lat 90. ubiegłego... »

Na szlaku >> Islandia


W pogoni za zorzą polarną

Artur Wysocki
Mroźne dni przynoszą ulgę i dodają skrzydeł
Moja islandzka przygoda zaczęła się jak każda inna, od kupna biletu. Na 1 stycznia – lot do Keflavíku. Jak zwykle towarzyszył mi niepokój, choć przygotowałem się po zęby. Niemniej wiedziałam, że zimowa Laponia czy wcześniejszy przejazd w styczniu przez Mongolię nie czynią mnie niezniszczalnym. Skupiłem się więc na skrupulatnym analizowaniu pogody i trasy oraz wyszukiwaniu naturalnych kryjówek, w których można by się schronić w razie niebezpieczeństwa. 
 
Jak to bywa z wyprawami zimowymi, nie patrzyłem zbytnio na wagę bagażu. Miało być bezpiecznie. Na tyle bezstresowo, aby zakopać się w śniegu i przeżyć w nim maksymalnie dwa tygodnie. Takie było założenie: przygotować się na wszystkie możliwe ewentualności. Ułuda doskonale przeprowadzonych przygotowań dodaje trochę pewności siebie, nie jest jednak w stanie zagłuszyć strachu i obaw. I dobrze. Strach przypomina o najważniejszym, o potrzebie obserwacji swojego organizmu i szybkiej reakcji w razie zagrożenia. 
Gdy tylko wysiadłem z samolotu, poczułem potężne uderzenie wiatru. Przez moment łudziłem się, że to od silników. Te jednak były już wyłączone. Witaj na Islandii – zdawał się huczeć wiatr.
Na lotnisku odbierając bagaż, przeobraziłem się z poczwarki w podróżnika. Tutaj nie było już miejsca na fuszerkę. Dokładne złożenie roweru i rozłożenie bagażu to podstawa. Ludzie z zaciekawieniem przyglądali się, jak walczę z sakwami. Dopełnieniem całości, niczym wisienka na torcie, było przytroczenie łopaty lawinowej. Musiała być pod ręką, ale też zbytnio nie zawadzać. Jest pierwszym narzędziem potrzebnym przy rozbijaniu obozowiska. Wprawdzie lądując, nie widziałem śniegu, ale takie nawyki lepiej przyswajać sobie od pierwszego dnia wyprawy. To uczy dobrych zachowań, które w trudnych warunkach mogą ułatwić przetrwanie. Czułem się jak heros, doskonale przygotowany i delikatnie podszyty strachem. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 

 



Zdjęcie: Artur Wysocki