okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

strona główna >> Niekończące się lato

poradniki

Mocne, trwałe i skuteczne

Takie są właśnie nowoczesne hamulce tarczowe. Bez względu na warunki i pogodę zahamują kiedy trzeba.   Początek lat 90. ubiegłego... »

Korespondencja >> Joanna Kaszewiak


Niekończące się lato

samotna kobieca wyprawa z Polski do Wietnamu
Biała świątynia, Chiang Rai, Tajlandia
Jeśli nad głową wiszą palmowe liście, po ścianach biegają gekony, a wokół przelewa się fala skuterów, niechybnie oznacza to, że dotarłam do Azji Południowo-Wschodniej.
 
Nie dość, że dotarłam, to jeszcze gwałtownie, bo samolotem. Porzucam suchy upał piaskowych brązów Iranu na rzecz lepkiego skwaru rozbuchanej malezyjskiej zieleni. Przez kolejne dziesięć miesięcy będę krążyć po krajach krańca Azji. To tu wypada ostatni fragment mojej podróży: wśród wszechobecnych garkuchni, wielobarwnych kwiatów, plastikowych śmieci i buddyjskich świątyń. W miejscu, do którego nie dociera zima.
Siedzę pod daszkiem i chłonę cień, popijając świeżo wyciśnięty sok z arbuza. Nie ma nic lepszego na upał, a kramiki z chłodzącymi napojami kuszą na każdym zakręcie wachlarzem egzotycznej oferty.
W zasadzie początkowo nie planowałam wcale zawitać do Malezji, a tymczasem samolot wyrzuca mnie właśnie na lotnisku w Kuala Lumpur. I całe szczęście. Dzięki temu zahaczam o najbardziej różnorodny kulturowo kraj w mojej podróży.
Po soku z arbuza zjeżdżam na jedną z plaż i moim oczom ukazuje się widok jak z prospektu biura turystycznego: lazur wody, biel piasku i palmy. W liściach drzew baraszkują małpy. Napój z trzciny cukrowej piję otoczona wszechobecnymi plantacjami palmy olejowej. Lekko mdlący zapach dojrzałych owoców towarzyszy mi jak kraj długi i szeroki. Kokosowy sok sączę pod przepięknym meczetem w Alor Setar, zieloną herbatę w chińskiej dzielnicy Malakki, wyciśnięty z pomarańczy nektar w hinduskiej części Ipoh. Miejscowym piwem częstują mnie u bram prastarej dżungli Endau Rompin, są też truskawkowe koktajle ze wzgórz Cameron. Ten obszar słynie wprawdzie z upraw herbaty, ale w rzeczywistości dużo więcej tam plantacji truskawek. Nie wspominając nawet o dziwacznych jaskraworóżowych czy fluorescencyjnie zielonych wynalazkach, które też sumiennie, choć z lekką obawą o zdrowie, degustuję tu i tam.
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Joanna Kaszewiak