okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> Osobista historia roweru z rurą w... tle

nowości

Gravelowe buty

Mamy już gravelowe opony, ramy, torby, koła, hamulce, widelce, gravelowe stroje i należy tylko wypatrywać gravelowych bidonów i... »

Kawa dla kolarzy

Czy są wśród nas prawdziwi kawosze? Nie mam najmniejszych wątpliwości – w końcu, gdy w czasie rowerowego spotkania padnie temat... »

System antykapciowy

Schwalbe zaprezentowało kolejny system zastępujący dętki, czyli Urban Airless System. Dzięki specjalnej, termokurczliwej, poliuretanowej... »

Torba na rower

Tym razem prezentujemy nieco inną torbę – Accent wprowadził do sprzedaży niedrogi pokrowiec, który przyda się, kiedy rower musi... »

poradniki

Z bagażem na plecach lub… biodrach

Lekki, wszechstronny i wygodny. Właśnie taki powinien być dobry plecak rowerowy. Jeszcze lepiej, jeśli nie odczujecie jego obecności na... »

Na finiszu >> Bajew-ów 2-óch


Osobista historia roweru z rurą w... tle

Przemysław Bajew
 

Na pięćdziesiąte urodziny zafundowałem sobie kolonoskopię. A niech tam! Trzeba dbać o zdrowie. Tyle lat znosiłem tortury na siodełku, to i rurę bez siodełka wytrzymam – pomyślałem. Nie, żebym się chwalił, czy coś. Dlaczego wobec tego zacząłem, że tak powiem, z grubej rury? Dlatego, że właśnie teraz gwałtownie odczułem (nomen omen!) upływ czasu. Ileż to na przestrzeni półwiecza się zmieniło. Na pewno dawniej nie było jeszcze kolonoskopii (nie mylić z odkurzaczem, bo to nie to samo!), rowery miały może trzy tryby z tyłu, beznadziejne siodełka i kiepskie hamulce, ja miałem gładką skórę, a teraz mam fakturę ścian Wawelu. Zmieniło się zatem wiele. Przeglądałem właśnie zdjęcia. Mój pierwszy wyścig, jesień, na nogach chyba jakieś kalesony i na to wiązane spodenki, kask jak połówka orzecha, na pedałach metalowe noski, koszulka za duża z napisem BARAHA (do dziś nie wiem, co to znaczy). Potem wyjazd z najstarszym bratem. Już trochę lepiej, pedały zatrzaskowe, terebka pod ramą, druga na kierownicy. U brata jeszcze druciany bagażnik, namiot podobny do plandeki z bojowego hummera. W tle panorama Sandomierza, jednakowoż bez plebanii ojca Mateusza – a więc dawno. Kolejne foto, widać, że wreszcie cyfrowe. Kolonoskopia mogła już wówczas być. Tak podejrzewam, acz przeciętnemu Polakowi owo pojęcie mogło kojarzyć się ewentualnie z ziołolecznictwem bądź formą wróżenia z fusów (!). Rower chyba z aluminiową ramą, szybkomontujące błotniki, lekki plecaczek, porządny kask. Brat znowu z namiotem, ale zajmującym tyle miejsca, co kebab na talerzu w dobrej knajpie. Napisy polskie, ROWERTOUR czy jakoś podobnie. A nie, jednak CZAS NA ROWER! Za nami wiejski sklep w Annopolu. I tylko panowie lokalsi na przestrzeni tych lat identyczni! Czyżby wciąż ci sami? Wodę z Wisły podobno kiedyś można było pić. Widocznie dodatkowo posiadała również właściwości konserwujące. Następne zdjęcie, moje ukochane Beskidy. Na zdjęciu... w tle nic nie widać! Moja skatowana deszczem facjata, szklista świeczka w jednym oku, kilka desek górskiego szałasu, wygięta wiatrem gałąź świerka. Pamiętam, że o mało wtedy nie padłem z wychłodzenia. Prawie całe życie przeleciało mi przed oczami. Wróciłem jednak z przychodni cały. Znaczy z gór wróciłem! Ale z badania też i też ze łzami w oczach. No, jak powiedziałem: całe pięćdziesiąt lat mi się przewinęło przez tę rurę. Historia roweru z przymrużeniem oka „by Przemek Bajew”. Pewnie każdy z nas ma swoją, inną, pewnie ciekawszą. Wszyscy przecież wsiedliśmy kiedyś na dwa kółka po raz pierwszy, przejechaliśmy pierwsze dziesięć kilometrów, dostaliśmy lub kupiliśmy pierwszy wymarzony wehikuł, mieliśmy udane wyprawy, a pewnie i takie, o których chcielibyśmy zapomnieć. Zatem na koniec, trawestując hasło podopiecznych Zbigniewa Bońka, śmiało możemy zakrzyknąć: „Łączy nas rower!”. I rura. Podsiodłowa, oczywiście!

Przemysław Bajew – jeździ na rowerze długo i dużo. Zwiedza świat przeważnie na czas, ale nie są mu obce leniwe przejażdżki. Pasjonat muzyki, książek i filozofii. Refleksje spod kasku snuje nieustannie. Pracuje i mieszka z rodziną w Puławach.



Zdjęcie: archiwum Przemysława Bajewa