okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2019 >> Kupmy mu coś na rower!

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu >> Bajew-ów 2-óch


Kupmy mu coś na rower!

Sławomir Bajew
 

Sierpień. Niegdyś zwany z rzymska Augustus na cześć cesarza Oktawiana Augusta, którą to nazwę zaadaptowały w większości języki europejskie. My nie. U nas, jak utrzymywał slawista Aleksander Bruckner, nazwa miesiąca nawiązywała do używanego przy żniwach sierpa. Równie ochoczo do tego dość prymitywnego, lecz jakże naonczas pożytecznego narzędzia odwołali się w swoich językach Czesi (srpen), Ukraińcy (serpeń) czy Chorwaci (srpanj). Choć u tych ostatnich to akurat lipiec. Ciepło mają, to i żniwa im wcześniej nadchodziły i już w lipcu (naszym) żęli sierpami. Sierpień jest na naszej północnej półkuli miesiącem letnim, a na południowej zimowym. Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że sierpień to pełnia lata. Jego dojrzałe spełnienie. Apogeum. I w tymże sierpniu przyszło i mnie, i mojemu bratu zjawić się na tym świecie. Mało tego. Nasz ojciec też miał w sierpniu swoje urodziny. W okolicach środka miesiąca wszyscy trzej świętowaliśmy urodziny. Precyzyjniej rzecz ujmując, to my z Przemkiem nadal to robimy. Tata swoją sierpniową datę ziemskich urodzin zamienił na wrześniowe urodziny dla wieczności. Urodziny to okazja do... No właśnie. Okazja do różnych remanentów. Przemek przejrzał fotki. Mnie zwykle w tych dniach rowerowo nosi po Polsce. Staram się w okolicy swoich urodzin wyjechać gdzieś na rowerze. To moje żniwa. Czas zbioru. Czas, gdy ziszcza się zasiane zimą marzenie. Jadę na samotną zwykle wyprawę. Nic mi tak dobrze nie robi w tym czasie, jak możliwość spokojnego zrekapitulowania upływającego życia właśnie na rowerze. Prawdopodobnie, gdybym żył onegdaj (gdy było to na porządku sierpniowym), machałbym sierpem i ścinał dojrzałe kłosy, ale jestem tu i teraz, i mam możliwość zamiany sprzętu z sierpa na rower. Czynię to ochoczo. Pakuję do bagażnika rower. Nie muszę szczególnie mocno zastanawiać się nad logistyką upakowania wszystkiego, co chcę zabrać. Nie ma presji zabrania ciuchów na każdą okazję, co charakteryzuje rodzinne wyjazdy, bo – jak utrzymuje najlepsza z żon – trzeba mieć zawsze pod ręką ciuch na kawę, na ławę, na promenadę, deszcz, porę suchą słoneczną, porę suchą chmurną, na wieczór, na dzień, na noc, na niedzielę i poniedziałek. Męski wyjazd samotny nie obfituje w takie atrakcje. Po prostu mam dwie opcje: na rower i na bez roweru. Nie muszę się zabezpieczać na wypadek wizyty w pałacu. Jak już, to prędzej mógłbym pomyśleć o składanym oszczepie na niedźwiedzia. Pakuję rower do środka i wyjeżdżam. Na wszelki wypadek to ja zabieram bagażnik na klapę, bo może kogoś trzeba będzie podrzucić i wtedy rower z samochodu won na klapę i człowiek myk do środka. I sobie jadę. I myślę. I kminię. I dobrze się czuję. I nie gderam, i mnie nikt nie gdera. Jest jak jest. Owszem, przychodzi myśl, jak to kiedyś było. Choć do czasów rowerku bobo raczej nie wracam. Przypominają mi się lata, gdy byłem w awangardzie. Gdy przejazd z Warszawy do Puław był postrzegany jak wyczyn szaleńca. Gdy wizyta u babci w wiosce oddalonej od Puław o 60 kilometrów, gdzie z bratem Mirkiem docieraliśmy rowerami, była sensacją. Dzisiaj ludzie jeżdżą na rowerach w Himalaje i penetrują afrykańskie bezdroża. Dla mnie wszak bohaterką pozostaje pani Aniela, która od 60 lat dojeżdża pięć kilometrów do sklepu po chleb. Pięć kilometrów w jedną stronę. A czasem zapomni, że miała jeszcze kupić sól. I wraca. Wpisał się rower w życie. Świętuję swoje urodziny, patrząc z sympatią na moje rowery. I wiecie, co jest cenne? Że dzieci zawsze wiedzą, co ojcu na urodziny kupić. Burza mózgów przed ojcowym świętem kończy się zwykle hasłem: kupmy mu coś na rower. I tak ma być! I one szczęśliwe, i ja zadowolony.

Sławomir Bajew – dziennikarz Radia Poznań, prowadzi Listę Przebojów i pasmo południowe, jest autorem popularnych kalamburów. Słynie z tego, że do pracy bez względu na pogodę dojeżdża rowerem. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru.


Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 



Zdjęcie: archiwum Sławomira Bajewa