okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

strona główna >> 7/2019 >> Na różne formy histerii

poradniki

Palcem po mapie

Błądzić jest rzeczą ludzką, jednak zagubienie podczas wycieczki rowerowej jest w stanie zburzyć radość, którą czerpiemy z jazdy.... »

Od drewna do karbonu

Nie ulega wątpliwości, że koło to jeden z najistotniejszych wynalazków ludzkości. Od tysięcy lat znajduje zastosowanie niemal we... »

Na finiszu >> Bajew-ów 2-óch


Na różne formy histerii

Przemysław Bajew
 
Równo 150 lat temu (1869) Warszawa była świadkiem pierwszego wyścigu kolarskiego na naszych ziemiach. Zaledwie rok po absolutnym debiucie tej dyscypliny w Paryżu. Oba wydarzenia zebrały tłumy gapiów, chcących zobaczyć na własne oczy pokraczne monstra, dosiadane przez – jak się wówczas wydawało – herosów. Mniej więcej do wybuchu pierwszej wojny światowej rower oznaczał przynależność do elity, do hermetycznego środowiska, w którym było miejsce na różne formy obyczajowej ekstrawagancji. Pociągało to za sobą powstawanie wielu mitów i nieporozumień, jak choćby obarczanie aktywności na rowerze odpowiedzialnością za zły stan zdrowia. Ale już w 1897 roku angielska encyklopedia sportu postrzegała istotę kolarstwa inaczej, polecając jego uprawianie jako remedium na „różne formy histerii, bóle głowy, anemie, neurozy i zachwiania psychiczne”. Wystarczy? Zresztą już św. Tomasz z Akwinu – z pewnością nie rowerzysta – mówił o ciele należącym do natury człowieka, które należy pielęgnować i ćwiczyć, by umieć pełniej i piękniej chwalić Boga. A nam co pozostało po dawnych emocjach, po tych niewyobrażalnych rozpaleniach głów dążących do porządkowania świata i nazywania rzeczy takimi, jakimi one są? Obecnie każdy temat próbuje się ubrać w kolorowe szmatki polityki i już na przykład rower produkowany „tu” jest mniej poprawny, niż produkowany „tam”, odwiedzanie pewnych miejsc jest niemile widziane, a innych dodaje towarzyskiego splendoru. Nasz stosunek do jednej sprawy sprowadza na nas cały ciąg odpowiedzialności za sprawy inne, o których nawet nie myśleliśmy. Bezkarnie przypina nam się łaty wszelkiej maści „-fobów”. I tłumacz teraz człowieku, że nie jesteś wielbłądem, że wolność postrzegasz jako „możliwość” wyboru, a nie „przymus” wyboru spośród podanych i zaakceptowanych przez „Niewiadomokogo” arbitralnych dogmatów. Coraz łatwiej się temu poddajemy. Ale wróćmy na nasze rowerowe podwórko. Jeszcze niedawno rower na osprzęcie Shimano był obiektem pożądania każdego turysty czy kolarza. Dziś ludzie orientują się, że są jeszcze inni producenci, nawet przewyższający swoją technologią i jakością produkty japońskiego potentata. Wystarczy nie ulegać presji, poświęcić trochę czasu na uświadomienie sobie naszych potrzeb, na zdobycie choćby podstawowej wiedzy w zakresie interesującego nas zagadnienia, bo przecież nie każdy z nas musi mieć rower za 40 tysięcy złotych i takie samo zdanie na każdy temat. W pierwszym paryskim wyścigu wzięły udział jedynie dwa rowery, a zachwyt nad nimi uniemożliwił cyklistom dotarcie do mety, ponieważ entuzjastyczny tłum zablokował króciutką, bo 600-metrową (!) trasę. My nie mamy już szans na podobne owacje i nawet rowerem za milion euro nie wzbudzimy podobnego zainteresowania. Przyjdą, zrobią selfika i wrócą, skąd przyszli. Ani zimno, ani gorąco. Ot! będzie co wrzucić na fejsika lub insta. Żadnych pytań o uzasadnienie ceny, rozwiązania technologiczne itd. Nieważne, i tak nie jeżdżę, więc po co mi wiedza o budowie tego „czegoś”. Ba! Po co mi wiedza w ogóle, skoro wujek Google wie wszystko. Kubuś Puchatek też tak mówił: „Mam w głowie siano. Jak wszyscy, zdaje się!”. Czasem zachowujemy się identycznie, jakbyśmy chcieli świadomie stanowić zimowy rezerwuar siana dla jeleni. Tu nas skubną, tam porozrzucają, stoimy w tym ciemnym lesie w kompletnej inercji. Wszystko nami kieruje oprócz nas samych. Jednak by rozjaśnić nieco ten ponury obraz, powiem tak: niedawno brałem udział w kursie na instruktora turystyki rowerowej. Kilkanaście osób, które tam się spotkały, różniło naprawdę wszystko: zawód, wiek, doświadczenie i umiejętności niezbędne podczas uprawiania turystyki oraz sprzęt, jakim się posługiwali podczas egzaminu praktycznego. Rower sprawił, że nauczyciel, policjant, robotnik, psycholog i urzędnik, student i emeryt razem, od samego początku stanowili zgraną, pełną wzajemnego zaufania i szacunku grupę. Nie było selfików, nieustannego patrzenia w smartfon, słuchawek w uszach, nikogo nic nie bolało i nikt nie prezentował focha. Przypadek? Zatem przypominam jeszcze raz: „na różne formy histerii... i zachwiania psychiczne…”. 
 
Przemysław Bajew – jeździ na rowerze długo i dużo. Zwiedza świat przeważnie na czas, ale nie są mu obce leniwe przejażdżki. Pasjonat muzyki, książek i filozofii. Refleksje spod kasku snuje nieustannie. Pracuje i mieszka z rodziną w Puławach.
Fot. archiwum Przemysława Bajewa