okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

strona główna >> 7/2019 >> Kto wie, gdzie skończymy

poradniki

Palcem po mapie

Błądzić jest rzeczą ludzką, jednak zagubienie podczas wycieczki rowerowej jest w stanie zburzyć radość, którą czerpiemy z jazdy.... »

Od drewna do karbonu

Nie ulega wątpliwości, że koło to jeden z najistotniejszych wynalazków ludzkości. Od tysięcy lat znajduje zastosowanie niemal we... »

Na szlaku >> z dzieciakami > na południe Europy


Kto wie, gdzie skończymy

Ewa Markowska
Hallstatt – pierwszy punkt naszej podróży
Na początku był pomysł. A w zasadzie wiele pomysłów, które rozwijały się razem z naszym (jeszcze wtedy nienarodzonym) dziecięciem. Przez całą moją ciążę snuliśmy plany dotyczące wyprawy, na którą wyruszymy, kiedy nasza córeczka Łucja już się urodzi. W międzyczasie kupiliśmy mnóstwo sprzętu, w tym odpowiednią przyczepkę rowerową i wielką matę samopompującą. 
 
Pierwsza krótka, bo około 20-kilometrowa wycieczka, zakończyła się płaczem parę kilometrów od domu i to nie tylko dziecka. Wtedy podeszliśmy do tematu trochę inaczej: zaczęliśmy jeździć w czasie drzemek Łucji i to był strzał w dziesiątkę. 
Na początek zaplanowaliśmy wyjazd treningowy w Bieszczady, w maju, na dwa tygodnie, aby sprawdzić, jak Łucja zniesie dłuższą podróż, spanie w namiocie i budzenie się za każdym razem w innym miejscu. O dziwo, zniosła wszystko bardzo dobrze – zrobiliśmy w nieco ponad tydzień ponad 300 kilometrów po Bieszczadach, a w drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o Roztocze i zrobiliśmy tam dodatkowe 150 kilometrów w ciągu kilku dni. Przy okazji wypróbowaliśmy 40-letnią kuchenkę benzynową, termos i czajnik, które miały być naszą kuchnią w podróży.
Po powrocie do domu musieliśmy podjąć jedną ważną decyzję: dokąd jedziemy? Czy do Norwegii, która marzy nam się od wielu lat? Czy do Rumunii – która urzekła mojego męża Michała parę lat temu? Czy może do Chorwacji, którą odwiedziliśmy w 2014 roku, ale niestety z różnych względów nie zobaczyliśmy wszystkiego? Nie byliśmy pewni aż do ostatniej chwili. Norwegię wykluczyliśmy z uwagi na związanie się z terminami lotów – jak się okazało, słusznie, bo tydzień przed zaplanowaną datą wyjazdu Łucja zaziębiła się i byliśmy bardzo zadowoleni, że jednak nie kupiliśmy biletów, bo mielibyśmy teraz problem. Na szczęście katar szybko minął, ale dylemat Rumunia czy Chorwacja pozostał. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 

 



Zdjęcie: Ewa i Michał Markowscy