okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

strona główna >> Stany Zjednoczone Azji

poradniki

Rowerem do pracy

Ulica, praca, a po drodze lotna premia zwieńczona kawą. Tak wygląda codzienność wielu z nas. Ta może być jednak jeszcze lepsza dzięki lekkiej... »

Korespondencja >> samotna kobieca wyprawa: z Polski do Azji


Stany Zjednoczone Azji

Joanna Kaszewiak
Kanion Szaryński, Kazachstan
– Jeśli zboczysz z tej trasy, to cię aresztujemy – powiedział do mnie turkmeński celnik i uśmiechnął się życzliwie. Tak z przytupem rozpoczęłam podróż przez Azję Środkową.
 
Jestem tu wśród swoich. Jadę przez pięć krajów, których nazwy kończą się cząstką -stan i w każdym z nich napotykam fragmenty dzieciństwa. – Polsza, wy z Sojuza! – rozpromienia się mój złotozębny rozmówca. Niby nie konkretnie z ZSSR, ale w sensie ogólnym przecież tak, więc rozumiemy się w pół zdania, bo nie dziwi mnie wychodek w polu, szarość betonu czy gęsta zawiesina papierosowego dymu w monopolowym. W -stanach jestem jak kuzynka. Może nawet i daleka, ale z tej samej rodziny. A rodzina rzecz święta.
 
TURKMENISTAN
Ciężko się tu dostać. Szczęściarze – bo decyzja wydaje się być loteryjna – mogą uzyskać pięciodniową wizę tranzytową, umożliwiającą dotarcie do Uzbekistanu. Wielu odchodzi z kwitkiem. Dlatego właśnie przedstawiciel autorytarnego reżimu uzgadnia ze mną trasę przejazdu przez kraj i nakazuje się jej trzymać. Potem robię to samo, co wszyscy inni przede mną: rozpoczynam wyścig z czasem.
Czytaliście już może o Turkmenistanie: o tym, jak w morderczym upale rowerzyści poszukują odrobiny cienia pod rachitycznym krzaczkiem na stepie czy na pustyni Kara-kum. Ten obraz pozostaje dla mnie abstrakcją. Jadę przez kraj na wiosnę i opowiem Wam o błocie.
W plecy jestem od samego początku, bo na uporanie się z granicznymi procedurami schodzi mi całe przedpołudnie. Później gapię się chwilę na bajecznie kolorowe, tradycyjne stroje kobiet w przygranicznym Serachs i ruszam w step. Niedługo potem kończy się dziurawy asfalt. To znaczy dziury zostają, tylko asfalt znika. A deszcze, w przeciwieństwie do mnie niepodlegające granicznym procedurom, dotarły tu przede mną. Bity trakt zamienia się w gęstą, brunatną maź z kraterami mętnej wody. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 


Zdjęcie: Joanna Kaszewiak