okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> Na granicy kultur

nowości

Przerzutka bez kabli

Rowerowy świat zatrząsł się w posadach. Wszyscy mówią tylko o jednym: SRAM pokazał system AXS, czyli elektroniczne i bezprzewodowe... »

Opony dla zbyt szybkich!

Schwalbe nie udaje, że rowery elektryczne rozpędzają się tylko do 25 km/godz. Dla tych, których ograniczenia i limity nie interesują i... »

Buty cywilne

Sidi zawsze było znane z produkcji butów przeznaczonych raczej do sportu, niż do rekreacji. Zaawansowane modele szosowe i MTB wciąż... »

poradniki

E-kity bez kitu

Czy się nam to podoba, czy nie, rowery elektryczne zalewają rynek i coraz częściej pojawiają się na szlakach i drogach. Taki jest trend i... »

Wygoda i moc

Buty to często bardzo niedoceniany element ubioru rowerzysty. W odróżnieniu od tych, które nosimy na co dzień, te rowerowe... »

Korespondencja >> samotna kobieca wyprawa: z Polski do Azji


Na granicy kultur

Joanna Kaszewiak
Skalne miasto Uchisar, Kapadocja
Na moście gęstnieje ekscytacja. Głównie moja, bo poza tym jest spokojnie. Łopoczą czerwone flagi i marzną mi palce u nóg. Wkraczam właśnie do krainy półksiężyca, dymiącej herbaty oraz miękkich dywanów. Nie mam jeszcze wtedy pojęcia, jak wielu rzeczy będę się musiała nauczyć zupełnie od nowa w podróży przez Turcję i Iran.
 
Za mostem świat jest pastelowy. Na dole płowieją ochrą rżyska, badyle i bezlistne drzewa, a od góry blednie nade mną rozwodniony błękit nieba. Sunę po wygiętym grzbiecie ziemi zastygłej tak, jakby skamieniały morskie fale. Wydmuchuję obłoczki pary o poranku i zakładam kolejne warstwy ubrań. Pachnie zimą.
 
STAMBUŁ
Cały dzień był koszmarem: jazda z duszą na ramieniu główną drogą w kierunku miasta, zjazd w boczne uliczki i błąkanie się po osiedlowych skrzyżowaniach, przebijanie się przez wielkie arterie lub korki na wąskich ulicach w pobliżu centrum, wyścig z czasem, by zdążyć na spotkanie z Çansu – moją turecką gospodynią z warmshowers. Ale ta chwila, gdy w promieniach zachodzącego słońca stanęłam na moście Galata, a za plecami wbijały się w pomarańczowe niebo wieże minaretów historycznego centrum; gdy wokół gęstniał tłum wędkarzy i tak niemiłosiernie waliło rybą; gdy uświadomiłam sobie, że jestem tu, dotarłam na koniec Europy, choć wcale nie było pewne, że mi się uda; ten dreszcz emocji, że przede mną już Azja, ale najpierw to tajemnicze i fascynujące miasto – ta chwila warta była wszelkich trudów.
Stambuł od razu mi się podoba, bo mieszkam w szemranej dzielnicy. Lubię takie. Z ulicy Tarlabaşi trzeba skręcić w bok koło knajpy z przepysznymi zupami. Za knajpą jest klub dla transwestytów, potem dwa warzywniaki i pranie wywieszone na całą szerokość ulicy. Znacie takie obrazki z Neapolu. Tynk się sypie, śmieci leżą, a bazgroły na murach nawet przez niewidomego nie zostałyby sklasyfikowane jako street art. Tam, po lewej mieszka Çansu. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 


Zdjęcie: Joanna Kaszewiak