okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> Siedem brodów na Osławie

nowości

Widelec na opak

RST powraca do produkcji amortyzatorów typu upside-down, w których golenie dolne wsuwają się w górne. Jest to rozwiązanie,... »

Bikepacking z Crosso

Na razie ostrożnie, ale marka Crosso pojawia się w światku bikepackersów za sprawą kolekcji Zipper, na którą jak do tej pory... »

Extrawheel nowej generacji

Extrawheel to znana nie tylko polskim podróżnikom rowerowym nasza rodzima firma oferująca unikalną, jednokołową przyczepkę rowerową. Od... »

Powrót kosmitów

Topeak zaprezentował kolejne wcielenie swojego najbardziej wszechstronnego multitoola. ALiEN™ S (ang. obcy) posiada aż 31 funkcji, więc... »

Bycze manetki

Shimano Metrea, czyli topowa grupa osprzętu przeznaczona dla cyklistów miejskich i cykloturystów ma w swojej kolekcji wiele ciekawych... »

poradniki

Nie trać głowy

Niespełna trzy centymetry. Taką w przybliżeniu mają grubość ścianki większości rowerowych kasków. Tak niewiele i aż tyle chroni... »

Na szlaku >> Bieszczady: okolice Komańczy


Siedem brodów na Osławie

Bartłomiej Pawlak
Przełom Osławy pod Duszatynem
Jest zima, dzień krótki, rowery zimują w ciepłym i suchym miejscu, a mnie po głowie snują się marzenia o rowerowych wycieczkach. Studiowanie przewodników, jazda palcem po mapie i nagle rodzi się nieśmiała myśl – a może by tak ruszyć w Bieszczady?
 
Z Krakowa nie tak znowu daleko. Dawniej wyjazd w Bieszczady to była prawdziwa wyprawa, zarówno pod względem dojazdu, jak i noclegów czy zakupów. Pamiętam wyjazdy z rodzicami z początku lat 90. –prawdziwa szkoła przetrwania. Obecnie wszystko wygląda inaczej. Czas dojazdu skrócił się o połowę, noclegi oferuje mnóstwo gospodarstw agroturystycznych i kwater, a zakupy da się zrobić w każdej miejscowości.
Wyjazd z założenia miał być rodzinny, więc trasy musiałem dopasować do możliwości reszty familii. Przekrój rowerów pełen – od XC, przez młodzieżowe górale, na miejskim e-bike’u kończąc. Kolejne wieczory z nosem przy mapie i w końcu jest decyzja: pogranicze Beskidu Niskiego i Bieszczadów, a konkretnie okolice Komańczy. Kolejne wyzwanie to termin – nasze plany, szkoła, zajęcia dzieci, jakoś to trzeba pogodzić. Ostatecznie pada na drugą połowę maja, bo i dzień dłuższy, i temperatury wyższe. Tak przynajmniej wyglądało to w założeniach.
Im bliżej wyjazdu, tym prognozy stawały się coraz bardziej niepokojące, aż w końcu w czwartek nadeszło nieuniknione w postaci deszczu. Prognozy na weekend też nie napawały optymizmem, ale co zrobić – wszyscy nastawieni na wyjazd i spakowani. 
W piątek pobudka nad ranem, pakujemy rowery na przyczepę, bagaże do auta i w drogę. Z niepokojem patrzymy w niebo zasnute ołowianymi chmurami, z których leją się kolejne litry deszczu. Jedziemy, jedziemy, przecież nie będzie lało cały czas, a może w Bieszczadach jest lepsza pogoda? Niestety, całą drogę leje jak z cebra, dopiero ostatnie kilometry przynoszą poprawę pogody. Do ideału daleko, ale przynajmniej nie kapie za kołnierz.
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 

 



Zdjęcie: Bartłomiej Pawlak