okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> Wiara w człowieka silniejsza niż śmierć

nowości

Widelec na opak

RST powraca do produkcji amortyzatorów typu upside-down, w których golenie dolne wsuwają się w górne. Jest to rozwiązanie,... »

Bikepacking z Crosso

Na razie ostrożnie, ale marka Crosso pojawia się w światku bikepackersów za sprawą kolekcji Zipper, na którą jak do tej pory... »

Extrawheel nowej generacji

Extrawheel to znana nie tylko polskim podróżnikom rowerowym nasza rodzima firma oferująca unikalną, jednokołową przyczepkę rowerową. Od... »

Powrót kosmitów

Topeak zaprezentował kolejne wcielenie swojego najbardziej wszechstronnego multitoola. ALiEN™ S (ang. obcy) posiada aż 31 funkcji, więc... »

Bycze manetki

Shimano Metrea, czyli topowa grupa osprzętu przeznaczona dla cyklistów miejskich i cykloturystów ma w swojej kolekcji wiele ciekawych... »

poradniki

Nie trać głowy

Niespełna trzy centymetry. Taką w przybliżeniu mają grubość ścianki większości rowerowych kasków. Tak niewiele i aż tyle chroni... »

Korespondencja >> Kambodża


Wiara w człowieka silniejsza niż śmierć

Adela Tarkowska
Chaty rybaków nad Mekongiem
Do Kambodży wjeżdżamy z Tajlandii przejściem w Ban Laem. Na granicy zjawiamy się na godzinę przed otwarciem. Nasłuchaliśmy się o panującym tu rejwachu, ale o dziwo jest cicho i spokojnie.
 
Siadamy na krawężniku pod sklepem na śniadanie i obserwujemy, jak sprzedawcy powoli rozstawiają swoje stragany z ubraniami. Gdy wybija ósma, nagle w stronę właśnie otwierającej się granicy ruszają hordy handlarzy. Warczą tuk-tuki i motorki, tragarze ciągną załadowane po kres możliwości drewniane wózki. W sekundę senna ulica zamienia się w jedno, wielkie targowisko. Podjeżdżamy do granicy. Tajski celnik wbija pieczątkę wyjazdową. Teraz pora na celnika kambodżańskiego. Młody chłopak wkleja mi do paszportu wizę, na której widnieje cena 30 dolarów. Gdy przychodzi do płacenia, pojawia się zaspany przełożony, który właśnie przyszedł do pracy. Patrzy z niezadowoleniem na wklejoną wizę, daje burę młodemu, a następnie zwraca się do mnie – 35 dolarów poproszę. – Ale na wizie jest napisane 30, czemu mam płacić więcej? – wzbraniam się. – Opłata administracyjna – słyszę w odpowiedzi. Niestety, mam tylko banknot studolarowy, co stawia mnie na przegranej pozycji, ponieważ skazana jestem na wydanie reszty według taryfy urzędnika, który oznajmia, że za dwie wizy może mi wydać 30, zamiast 40 dolarów, ponieważ – jak twierdzi – nie ma reszty. Nienawidzę naciągactwa i łapówkarstwa, postanawiamy więc, że się nie poddamy. Niezależnie od tego, ile zajmie to czasu. Próbuję rozmienić banknot, ale po tej stronie granicy nie ma kantoru, a uliczni cinkciarze nie chcą mi pomóc. Zagadujemy tajskiego strażnika, który jest zniesmaczony tą sytuacją. Wsiada na skuter i przewozi Krzycha na drugą stronę granicy – bez paszportu i wizy. Tam, po długich negocjacjach, w kantorze rozmieniają nam banknot. Wszystko trwa tak długo, że do celników wracam dwie godziny później. W zwycięskim geście wykładam na stół odliczone 60 dolarów. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 


Zdjęcie: Adela Tarkowska i Krzysztof Józefowski