okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2/2019 >> Jedną nogą w Afryce

nowości

SPD klasycznie

Ci, którym nie w smak sportowe, plastikowe i ekstrawaganckie modele, znajdą w ofercie włoskiego producenta prawdziwą perełkę, jeśli... »

Minimalistyczny i dynamometryczny

Klucze dynamometryczne zwykle są na tyle duże, że nie da się ich zabrać ze sobą w podróż. Niemiecka marka Topeak znalazła jednak na to... »

Truskaweczka

Polska marka Martombike zaprezentowała w kolekcji na 2019 rok damską, bardzo dopasowaną koszulkę kolarską z delikatnym, ale wyraźnym... »

Elektroniczna dwunastka „Campy”

Campagnolo – włoski producent osprzętu do rowerów szosowych wprowadza w końcu elektroniczny wariant swojej topowej, 12-rzędowej... »

Siodełko dedykowane

Rozbawił mnie jeden z producentów siodełek rowerowych – znana i szanowana marka San Marco, która zaprezentowała siodełko... »

Panzerna wkładka

Na polskim rynku pojawiła się właśnie hiszpańska marka Panzer, specjalizująca się w produkcji elastycznych wkładek do opon. Produkt... »

poradniki

Świadoma jazda

Obok lampki i dzwonka to najczęściej montowany element na kierownicy roweru. Wskaże prędkość, przejechany dystans i niekiedy nawet drogę do... »

Jak efektywnie wykorzystać wspomaganie

Pamiętamy, jak to było, gdy uczyliśmy się jazdy na rowerze. Jedni wcześniej, inni później, ale wszyscy zaczynaliśmy z podobnymi... »

Korespondencja >> Maroko


Jedną nogą w Afryce

Kuba Standera
Maroko ma i takie oblicze
Wszystko stało się przez przypadek. Ciąg zdarzeń, który doprowadził do pedałowania na rowerze przez Maroko, rozpoczął się dwa lata wcześniej, kiedy dowiedziałem się, że stracę nogę. W tamtym czasie powoziłem łodzią, łowiącą tuńczyki w okolicach Gibraltaru, i góry Rif w Maroku oglądałem praktycznie codziennie. 
 
Jednak... jakoś niezbyt mnie kusiło, by wybrać się w tamtą stronę. Od wędkarzy, z którymi polowaliśmy na tuńczyki, słyszałem wielokrotnie o miejscu tuż przy Mauretanii, gdzie łowi się prawdziwe wodne potwory. Jest to Ad-Dachla. Ale kto by się tam wybierał – Afryka, ISIS, Al-Kaida, wszystko, czym jesteśmy bombardowani w mediach, pozbawiało mnie chęci podróży w te rejony. 
Po operacji chciałem jak najszybciej wrócić do formy. Jako że nie miałem funduszy na odpowiednią rehabilitację, postanowiłem zabrać się za to samemu i... kupiłem rower. Wzmocnić mięśnie, zjechać na wadze, a przy okazji być w stanie przemieszczać się po okolicy, na plażę i na ryby. Padło na fatbike z budżetowej sieciówki – Voodoo Wazoo. Kiedyś uwielbiałem jeździć na rowerze, ale z protezą? 
Idea wyjazdu do Ad-Dachli powoli kiełkowała. Początkowo samolotem (ale problem z biletami), później autem (ale ekipa dość szybko zaczęła się wykruszać), w rezultacie stanąłem przed wyborem – jadę sam albo nie jadę wcale. Wybór padł na rower. Byłem jak Kazimierz Nowak: Polak+rower+Afryka. Zaczęło się czytanie, szukanie potrzebnego sprzętu. 
Tuż przed wyjazdem dotarła do mnie paczka z sakwami Sport Arsenal. Żółte na boki bagażników, czarna na górę. Weź w to teraz wpakuj szpej na dwa miesiące życia, biwakowania i łowienia ryb. Jak zamontować wędki? Brać tropik do namiotu czy nie? A sprzęt do gotowania? Zapasowe dętki, opona do fata (jedyne dwa kilogramy), szprychy, klocki hamulcowe. Dobrze, że chociaż naprawę roweru ogarniam. Wreszcie plan ustalony, bilety na prom kupione. Ruszam.
Wyjazd zaczyna się nieszczególnie. Gdy wychodzę z mieszkania w Algeciras (Andaluzja), w rowerze pod ciężarem sakw pęka nóżka i z hukiem wszystko zwala się pół piętra po schodach. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Kuba Standera