okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> Nigdy więcej map!

nowości

Widelec na opak

RST powraca do produkcji amortyzatorów typu upside-down, w których golenie dolne wsuwają się w górne. Jest to rozwiązanie,... »

Bikepacking z Crosso

Na razie ostrożnie, ale marka Crosso pojawia się w światku bikepackersów za sprawą kolekcji Zipper, na którą jak do tej pory... »

Extrawheel nowej generacji

Extrawheel to znana nie tylko polskim podróżnikom rowerowym nasza rodzima firma oferująca unikalną, jednokołową przyczepkę rowerową. Od... »

Powrót kosmitów

Topeak zaprezentował kolejne wcielenie swojego najbardziej wszechstronnego multitoola. ALiEN™ S (ang. obcy) posiada aż 31 funkcji, więc... »

Bycze manetki

Shimano Metrea, czyli topowa grupa osprzętu przeznaczona dla cyklistów miejskich i cykloturystów ma w swojej kolekcji wiele ciekawych... »

poradniki

Nie trać głowy

Niespełna trzy centymetry. Taką w przybliżeniu mają grubość ścianki większości rowerowych kasków. Tak niewiele i aż tyle chroni... »

Na finiszu


Nigdy więcej map!

Sławomir Bajew
 
Okolice Osiecznej. Powiat leszczyński. Województwo wielkopolskie. Ciemne, choć wczesne popołudnie. Ciemne jeszcze niezupełną ciemnością. Ot, jeden z tych zimowych dni, kiedy wieczór jest od samego rana. Pada. E, nic to. Wieje. Drugie nic. Chmury szorują pobliże i horyzont. W taki dzień nie chce się wyjeżdżać na rowerową przejażdżkę. Przejażdżkę? Wolne żarty! To nie przejażdżka, to wyprawa po honor, po chwałę, wyprawa po samego siebie. Nie, nie przesadzam, bo jak inaczej mam interpretować tę zaciekłość, zapiekłość, determinację na twarzach ojca i syna, właśnie wtaczających swoje rowery pod wiatę w sąsiedztwie stacji benzynowej. Za chwilę idą w ruch telefony. Seria boleściwych zdjęć: obaj nadają twarzom wyraz głębokiego zmęczenia, jednocześnie dając wyraźnie do zrozumienia, że walczą, że dadzą radę pokonać wszelką losu przeciwność. Po serii zdjęć seria rozmów. – Dajemy znać, że żyjemy. No wiesz – wyraźny ton oburzenia – nie mogliśmy odpuścić. Przecież to zaplanowaliśmy, a pogody się, stary, nie wybiera! Nie oceniam. Obserwuję. Trochę mi z tym dziwnie, bo sam za kilka chwil wsiądę z pachnącą kawką do ciepłego samochodu, a oni – wywnioskowałem to z podsłuchanych mimowolnie rozmów (znacie ten ton, który brzmi, jakby facet w okopie pod ostrzałem siedział?) – stoczą jeszcze blisko 50-kilometrową walkę. No tak, już od rana byli bez szans. Może jeszcze syn mógłby uratować sytuację, rzucając coś w stylu: – Oj, tatku, może sobie dziś darujemy? Zobacz, jaka bryndza za oknem, mogę się przeziębić, a przecież w tym tygodniu nie mogę opuścić zajęć w szkole. 
No dobra, przesadziłem, to mało prawdopodobne ze strony syna. Jeszcze sobie ojciec pomyśli, że jest mięczakiem. Tym bardziej nie mógłby rzec ojciec: – Synku kochany, chyba dziś zostaniemy z mamą w domu i pogramy w scrabble, zamiast jeździć po tym mokrym świecie na rowerach 
Jakżeż boleśnie i skutecznie obaliłby resztki swego ojcowskiego autorytetu w oczach dorastającego syna. To i tak cud, że dziecię nie-dziecię w tym jakże bolesnym i trudnym wieku adolescencji zgodziło się w ogóle poświęcić czas na pobycie z tatą. Może lepiej OJCEM. Jasne jest, że w tej sytuacji, w sytuacji z a p l a n o w a l i ś m y nikt nie mógł odpuścić. Może gdyby matka złamała nogę, to by odpuścili, ale nie bądźmy tak okrutni – po cóż niewinna kobieta miałaby cierpieć. Tak się właśnie zastanawiam – nie pierwszy zresztą raz – nad tym planowaniem i nieplanowaniem. Ile planować, a ile zostawić rozkoszy improwizacji. Jak sobie przypomnę cudowną wyprawę Marcina Korzonka na krechę przez Polskę, jego umawianie się z dyrekcją kopalni węgla brunatnego co do daty, a nawet godziny przejazdu (i przepływu) przez ich teren, jak sobie wspomnę determinację Marcina przy realizacji planów i zamierzeń, zaraz mam ochotę robić tak samo. Tyle, że daru takiego nie mam. A jak sobie przypomnę, ile frajdy mam z tego podróżowania metodą prób i błędów, napotykania rowów na dwa metry wypełnionych szlamem i porośniętych pokrzywami, łopianem i ostem, mówię sobie: nigdy więcej map. I masz rację, że trudno tak jednoznacznie orzec, czy to słoń, czy nosorożec. I czymkolwiek cel się okaże, i tak najważniejsza jest DROGA. 
 
Sławomir Bajew – dziennikarz Radia Poznań, prowadzi Listę Przebojów i pasmo południowe, jest autorem popularnych kalamburów. Słynie z tego, że do pracy bez względu na pogodę dojeżdża rowerem. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru.