okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> O wyższości zgubienia klucza nad jego znalezieniem

nowości

Widelec na opak

RST powraca do produkcji amortyzatorów typu upside-down, w których golenie dolne wsuwają się w górne. Jest to rozwiązanie,... »

Bikepacking z Crosso

Na razie ostrożnie, ale marka Crosso pojawia się w światku bikepackersów za sprawą kolekcji Zipper, na którą jak do tej pory... »

Extrawheel nowej generacji

Extrawheel to znana nie tylko polskim podróżnikom rowerowym nasza rodzima firma oferująca unikalną, jednokołową przyczepkę rowerową. Od... »

Powrót kosmitów

Topeak zaprezentował kolejne wcielenie swojego najbardziej wszechstronnego multitoola. ALiEN™ S (ang. obcy) posiada aż 31 funkcji, więc... »

Bycze manetki

Shimano Metrea, czyli topowa grupa osprzętu przeznaczona dla cyklistów miejskich i cykloturystów ma w swojej kolekcji wiele ciekawych... »

poradniki

Nie trać głowy

Niespełna trzy centymetry. Taką w przybliżeniu mają grubość ścianki większości rowerowych kasków. Tak niewiele i aż tyle chroni... »

Na finiszu


O wyższości zgubienia klucza nad jego znalezieniem

Przemysław Bajew
 
Rowertour. Nie zdarzyło się, by jakakolwiek z relacji nie zawierała pięknych zdjęć i jeszcze piękniejszych wspomnień z eskapad. Autorzy nie szczędzą nam opisów ciekawych miejsc dosłownie z całego świata. Czasem z zazdrością czytam o zwiedzanych przez nich terenach, bo a to Indie, a to Grecja, a to znów Ameryka Południowa. Wszystko w cudownych barwach, pachnące obcą kulturą, niezwykłą przyrodą i zabytkami z wieków, kiedy u nas w ziemi mieszkały jedynie krety, z utęsknieniem wyczekujące ery działkowców. I zawsze jakaś osnowa, jakiś pomysłowy klucz. 
Przejechałem w swoim życiu… Nie, nie wiem, ile przejechałem. Rocznie średnio około dziesięciu tysięcy kilometrów, czasem trochę mniej, czasem sporo więcej. I zauważam teraz, że większości moich wycieczek jednak nie planowałem. Przyznaję, często były one bardziej ukierunkowane na trening, bo kiedy złapałem bakcyla wyścigowego, nawet pączki zjadałem na czas – szczególnie te, które sprawiły mi później największą radość, które pamiętam do dziś ze względu na pozytywną energię, jaką we mnie wyzwoliły. I dziwię się, lecz wcale nie były to jakieś szczególne okoliczności turystyczno-przyrodnicze. Ot, po drodze spotkana gdzieś przypadkowo pokrzywiona bliźniacza sosna i tyle! Rzadko miewałem więc okazję sfotografowania czegoś, co wszyscy uznaliby za wyjątkowe. W okolicy z reguły brakowało punktów, które można by spiąć jakąś tematyczną klamrą (no, chyba, że te sosny). Za to zawsze pełno było pospolitych krzaków, chaszczy, badyli, dołów z zasadzkami skrytymi pod liśćmi, pokręconych ścieżek i widoków nie w tę stronę, w którą się spodziewałem. I jeśli czegoś brakowało, to już może tylko pól minowych, bo muśnięć elektrycznych pastuchów zaznałem aż nadto. Gdybym miał tylu przyjaciół, byłbym dozgonnie szczęśliwym człowiekiem. 
A jednak to właśnie te wyprawy poruszyły pewne mechanizmy w mej głowie, pozytywnie wbijając się w pamięć na zawsze. Oczywiście, jestem przekonany, że wielu z Czytelników wie, o czym mówię, i nie raz doświadczyło podobnych uniesień w podobnych okolicznościach. Nagły, z pozoru nieuzasadniony przypływ wewnętrznego szczęścia! A my tego właśnie szczęścia oczekujemy, szczęścia szukamy, szczęścia sobie życzymy. Ale nie potrafimy go łatwo przewidzieć. Planujemy wyjazd, wnikamy w opisy tras, studiujemy mapki, Wikipedię, słowniki, historyczne kroniki. W międzyczasie zerkniemy na Pudelka, czy akurat w te strony nie wybierają się przypadkiem siostry Godlewskie, w obawie, że mogą nam gdzieś potem wyć po lasach. 
Wydaje się, że nasz plan jest doskonały, ale wystarczy jedna rysa, na przykład w postaci przebitej, ostatniej, zapasowej dętki, czy braku przeprawy, która na mapie przecież jest, aby wszystko legło w gruzach. Mieliście tak? Pewnie! Czyli planować, czy nie planować? Potem zaś opisywać przypadkowe mchy, pola i łąki czy nieprzypadkowe Tadż Mahal? Dlatego z tego miejsca solennie wszystkim obiecuję, że jedynym kluczem używanym przeze mnie w przyszłości będzie klucz do regulacji przerzutek, a w domu – klucz francuski. I może do zamka Yeti. O, to jest świetny pomysł – odwiedzić yeti! Kurczę, planować? Ech, przecież obiecałem! I tak człowiek palnie, a potem żałuje. 
 
Przemysław Bajew – jeździ na rowerze długo i dużo. Zwiedza świat przeważnie na czas, ale nie są mu obce leniwe przejażdżki. Pasjonat muzyki, książek i filozofii. Refleksje spod kasku snuje nieustannie. Pracuje i mieszka z rodziną w Puławach.