okładka
okładka
strona główna w numerze nagroda Rowertouru kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> To wyścig. Całkiem na serio

poradniki

Bieżnik i ciśnienie mają znaczenie

Nawet najdroższy rower okaże się całkowicie bezużyteczny, jeśli wyposażymy go w nieodpowiednie opony. Zbyt zużyte lub z nieodpowiednim... »

Top 10 prezentów dla rowerzysty

Czy tylko ja w zamierzchłych czasach otrzymałem pod choinkę dętkę rowerową – i to z wentylem niepasującym do moich obręczy? Choć... »

Styl życia >> Snow Bike Festival w Gstaad


To wyścig. Całkiem na serio

Jakub Rybicki
Ośnieżona trasa narciarska nad Villars-sur-Ollon
Sezon rowerowy nie kończy się z nadejściem pierwszego śniegu – to wiadomo nie od dziś. W moim mieście – Poznaniu – pojawia się on jednak tylko na kilka dni w roku, a i wtedy ma kolor smogu. W poszukiwaniu bieli wybrałem się tym razem do Szwajcarii.
 
Przynajmniej nie jest zimno – pocieszam się, pedałując zawzięcie pod niedorzecznie strome wzgórze. Atmosfera jest raczej gorąca, bo jadę w towarzystwie kilku innych spoconych facetów zamykających stawkę wyścigu. Okoliczności przyrody są bajkowe – ośnieżone szczyty górskie, ośnieżone drzewa, ośnieżeni rowerzyści. Gdyby jeszcze nie trzeba było jechać pod górkę, byłaby to prawdziwa szwajcarska sielanka. Czasem jadę, a czasem pcham rower, zastanawiając się – jak zwykle podczas zimowej wyprawy – po co mi to było?
Jakiś diabeł podkusił mnie, aby odpowiedzieć na zaproszenie Switzerland Tourism i wziąć udział w imprezie zwanej Snow Bike Festival. Ten „festiwal” to tak naprawdę wyścig, całkiem na serio, choć mogłoby się wydawać, że to zabawa dla nienormalnych.
Rowery śnieżne? To coś dla mnie – pomyślałem wysyłając zgłoszenie, choć od ukończenia podstawówki nigdy się w niczym nie ścigałem, chyba że z czasem, przed upływem deadline'u. Mam za to pewne doświadczenie w zimowym rowerowaniu, a przede wszystkim ogromny pociąg do zabaw na świeżym śniegu.
Jestem jednak raczej wyznawcą stylu „slow”, co oznacza, że nieszczególnie przepadam za rywalizacją. Po cóż więc startować w zawodach? Przede wszystkim dlatego, że nadarzyła się okazja, a okazji nie wolno przegapiać, bo wtedy nie chcą się powtarzać. Oraz dlatego, że zimowy wyścig rowerowy to impreza na tyle niszowa, że można spotkać całą kupę ludzi podobnych do siebie, co zawsze jest miłe. Na przykład taki Herman Coertze. Pomysłodawca, sponsor i szef wszystkich wyścigowych szefów powiedział mi, że strasznie bawiło go jeżdżenie po górach zimą, a było mu smutno, że nikt inny tego nie robi. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Jakub Rybicki