okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 11/2018 >> Podróż życia

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> samotna kobieca wyprawa


Podróż życia

Joanna Kaszewiak
Moja ulubiona pozycja rowerowa: do zjazdu, gotowi, start!
Jak zawiesić sakwy na bagażniku? – takie pytanie wstukałam kiedyś do wyszukiwarki w internecie. A potem pojechałam rowerem do Wietnamu. Jeśli sądzicie, że transkontynentalne włóczęgi są tylko dla wtajemniczonych, dla Sekretnego Bractwa Rowerowych Superbohaterów, to znaczy, że nie poznaliście jeszcze mnie.
 
Na dzień przed finałem mundialu w Brazylii wiedziałam mniej więcej tyle, że rowerem to można sobie dojechać do sklepu za rogiem. W najlepszym razie do centrum. Nic innego nie przyszło mi nigdy do głowy. Może zostałoby tak jeszcze długo, gdyby nie Jess.
Siedziałyśmy w hostelowym ogródku na południu Bułgarii, upał wyssał z nas wszelką inicjatywę i wtedy Jess powiedziała: – Jadę rowerem do Singapuru. Wchłonęłam te słowa powoli, wpuściłam je głęboko w płuca, zaciągnęłam się nimi ze smakiem. Przeniknęły do krwi i wraz z nią zaczęły krążyć w moim ciele. I potem nie mogłam się już od nich uwolnić.
W świat pchało mnie od zawsze. Jeździłam palcem po rozdartej mapie i gapiłam się na przelatujące nade mną samoloty. Biała smuga pozostawiona na niebie zaciskała się wokół mnie jak lina i ciągnęła za sobą w dal. Siła pchania wzmagała się wraz z każdym nowym wyjazdem. Im więcej widziałam, tym więcej chciałam jeszcze zobaczyć. Czytałam, planowałam, pakowałam plecak, jechałam. Wracałam upojona przygodą i wszystko zaczynało się od nowa. Aż dotarłam na Wyżynę Tybetańską. Tam po raz pierwszy coś nieprzyjemnie piknęło mi w sercu.
Jechałam drogą, której nie było nawet na mapie. W oddali pasły się stada jaków, a soczysta, zielona trawa wyglądała jak miękki dywan. Sęp rozkładał szeroko skrzydła pod bezkresem nieba. Upchnięta na tylnym siedzeniu minibusa, poczułam rozczarowanie, że niczego nie mogę dotknąć, nie mogę odetchnąć głęboko górskim powietrzem, niby tam jestem, a tak naprawdę mnie tam nie ma. Przemieszczam się tylko od punktu A do punktu B, a wszystko to, co pomiędzy, już do mnie nie należy. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Joanna Kaszewiak