okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> Nie jestem zamknięty w czterech ścianach

poradniki

Podręczny warsztat

Rowerowy niezbędnik to coś więcej niż kilka imbusów i podstawowych wkrętaków. Gdy spotka Was trudna sytuacja na szlaku,... »

Styl życia >> Jacek Paciorkowski


Nie jestem zamknięty w czterech ścianach

Z Jackiem Paciorkowskim, niepełnosprawnym rowerzystą, który poznaje świat na trójkołowym tandemie, rozmawia Jakub Terakowski
Razem z tatą gdzieś koło Gothen na wyspie Uznam
Urodziłeś się...
– Czterdzieści dwa lata temu, z mózgowym porażeniem dziecięcym. Jestem niepełnosprawny fizycznie, cierpię na spastykę i atetozę (ruchy mimowolne), nie jestem w stanie utrzymać prosto głowy, wymagam pełnej opieki, nie jestem zdolny do samodzielnej egzystencji. Mówię niewyraźnie, więc bez pośrednictwa mojego taty trudno byłoby nam porozmawiać. Mógłbym natomiast napisać to wszystko na komputerze. Z testów IQ wynika, że intelektualnie lokuję się powyżej średniej. Skończyłem liceum ekonomiczne, dostałem świadectwo z paskiem, zdobyłem certyfikat ECDL (ang. European Computer Driving Licence), zwany potocznie „europejskim komputerowym prawem jazdy”, projektuję strony www, prowadzę blog i fanpage. Ale największą moją pasją jest rower, jedna z niewielu atrakcji, z których mogę korzystać.

Jak zatem – pomimo niepełnosprawności – z niej korzystasz?
– Z tatą i dzięki tacie. Uwielbiałem rower od wczesnego dzieciństwa. Próbowałem być samodzielny, zaczynałem od autka na pedały, którym uciekałem mamie z podwórka. Gdy jednak dostałem pierwszy rower (trójkołowy), okazało się, że – z powodu zaburzeń równowagi – zawsze potrzebna jest mi osoba asekurująca; zazwyczaj był to tata. Jeździłem zatem, a on chodził za mną, trzymając za siodełko. Im dłużej jeździłem, tym bardziej mi się to podobało, lecz równocześnie tym więcej też musiał chodzić tata. Pięć, dziesięć, no może jeszcze piętnaście kilometrów dziennie, ile można przejść prowadząc rower? Pewnego razu, pod koniec wycieczki, zmęczony, wypuścił mnie. Pojechałem kilka metrów, przewróciłem się, upadłem tak niefortunnie, że straciłem przytomność. Nic poważnego się nie stało, poza tym, że tatę olśniło... (śmiech). Tandem! Po co chodzić za mną, skoro można jeździć? Nie tracąc przy tym kontroli nade mną.
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Archiwum Jacka Paciorkowskiego