okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> Z małej chmury duży deszcz

poradniki

Podręczny warsztat

Rowerowy niezbędnik to coś więcej niż kilka imbusów i podstawowych wkrętaków. Gdy spotka Was trudna sytuacja na szlaku,... »

Na szlaku >> Opolszczyzna i Beskid Śląski


Z małej chmury duży deszcz

Andrzej Lewandowski
Tutaj Wisła jest jeszcze wąska
Pierwsze godziny samotnego wyjazdu rowerowego bywają ciężkie. Niby to tylko kilka dni, ale z tyłu głowy tkwi myśl, że nam będzie miło i przyjemnie, ale rodzina zostaje w domu, no i już tak przyjemnie nie będzie miała. 
 
Trochę się tęskni. Poza tym, jeżeli można tak powiedzieć, jeszcze się tego wyjazdu nie czuje. Wprawdzie mniej więcej wiadomo, gdzie będziemy jeździć i co będzie po drodze, ale jednak mapa to tylko litery, a nie konkretne miasta, góry, domy, ulice. I jeszcze ponad 30 stopni na termometrze, w dodatku bez perspektywy na zmianę. Nie bardzo się chciało...
Ale jednak słowo się rzekło, trasę zaplanowało i tradycja rowerowych wyjazdów na przełomie lipca i sierpnia została podtrzymana. Około godziny dziewiątej wysiadłem z pociągu na dworcu w Kluczborku i po spełnieniu oczywistego obowiązku, którym było sfotografowanie ustawionego tam w charakterze pomnika parowozu Ty 45-149, ruszyłem w kierunku położonego nieopodal Stobrawskiego Parku Krajobrazowego. Jest to jeden z największych parków krajobrazowych w Polsce, zawiera cenne, 200-letnie starodrzewy, można tam spotkać bociana czarnego, żurawia, włochatkę (czymkolwiek to jest). Są tam też średniowieczne grodziska, ogród botaniczny w Zagwiździu (piękna nazwa!)... Zresztą, mniejsza o to. To wszystko można wyczytać w przewodnikach turystycznych. Dla mnie ważniejsze było coś innego: otóż te tereny znakomicie nadają się na rozpoczęcie wyjazdu rowerowego. Zjeżdżając z drogi wojewódzkiej w lewo, wjeżdżając w owe lasy – zostawia się wszystko za sobą. Zostaje sama jazda. Jest cicho. Samochody? Pojawia się jakiś raz na pięć minut. Upał? Wszędzie cień. Głowa? Zajęta zachwycaniem się i czerpaniem przyjemności z jazdy. Dlatego też nie patrzyłem specjalnie, co jest po drodze. Potraktowałem ten odcinek jako prolog, szansę na wpadnięcie w rowerowy trans, prezent od losu. 
 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”

 



Zdjęcie: Andrzej Lewandowski