okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> Tatrzańska pętelka

poradniki

Podręczny warsztat

Rowerowy niezbędnik to coś więcej niż kilka imbusów i podstawowych wkrętaków. Gdy spotka Was trudna sytuacja na szlaku,... »

Na szlaku >> historyczno-kulturowo-przyrodniczy szlak wokół Tatr


Tatrzańska pętelka

Krzysztof Grabowski
Lorencowe Skałki w Pieninach Spiskich
„Choć jo se nic ni mioł, alek był bogaty” – jak śpiewa Krzysztof Trebunia-Tutka w przepięknej góralskiej balladzie „Pożegnanie”. Co prawda ma zupełnie co innego na myśli, ale w moją historię słowa te wpisują się doskonale.
 
W roku 1995 byłem prawdziwym milionerem. Pamiętam to dokładnie. Po tym, jak złamała się rama w moim pierwszym górskim rowerze polskiej produkcji –śmialiśmy się, że zespawanym z gazrurek –postanowiłem zaopatrzyć się w pełnoprawnego górala, by podobne przykre przygody już się nie powtarzały. 
Długo wzdychałem i oglądałem katalogi. Chodziłem do sklepu, dotykałem. Nakręcałem się. W końcu nadszedł ten moment. 18 milionów i jeszcze 900 tysięcy złotych wart był obiekt moich westchnień. Połowę posiadałem, czyli niemalże 10 milionów, a drugą wtedy dorzuciła mi mama, biorąc tę część na raty (nie śmiejcie się, byłem na studiach). Ze sklepu wyjechałem nowiutkim amerykańskim Marinem Bear Valey z przerzutką Shimano STX RC na ramie chromowo-molibdenowej. Czy ktoś mógł się ze mną równać?
Od razu tego samego roku wybrałem się na pierwszą wyprawę sakwiarską. Terenem działania były bardzo szeroko pojmowane Mazury. Prawie 1200 kilometrów i 13 dni jazdy stały się początkiem tego, co trwa do dziś. Rok później Kaszuby z podobnym dystansem i w 1998 roku nieco krótsza wyprawa po Roztoczu. Jesienią postanowiłem z bratem objechać Tatry. Rozpoczęliśmy w Zakopanem po nieprzespanej nocy spędzonej w pociągu. Jakimiś szutrami przeskoczyliśmy na Słowację w okolice Zdziaru (Ždiar) i dalej drogą pod Tatrami dotarliśmy za Szczyrbskie Jezioro (Štrbské Pleso) na nocleg. Drugiego dnia dowlekliśmy się resztką sił aż do Żywca i pociągiem dostaliśmy do domu w Bielsku-Białej, pokonując łącznie 250 kilometrów. Po 20 latach przydarzyło mi się swoiste déjà vu, chociaż nie w roli milionera. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 

 



Zdjęcie: Krzysztof Grabowski