okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2 (12)/2009 >> Murowaniec zrobiony „na biało”

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Tatry


Murowaniec zrobiony „na biało”

Tomasz Dębiec
Ostatnie metry podjazdu przed schroniskiem

Zimowy wyjazd w Tatry chodził mi po głowie od lat. Od tak wielu, że już nawet nie pamiętam, kiedy się pojawił. Ten pomysł wielu osobom wydał się dziwny. Bo nie chodziło przecież o wyjazd narciarski ze staniem w kolejce do kolejki na Kasprowy Wierch. Wjazd rowerem po śniegu do schroniska Murowaniec, leżącego na wysokości 1500 m n.p.m., miał dostarczyć niezapomnianych wrażeń.

To przede wszystkim jedno z nielicznych miejsc w Tatrach, do którego można dojechać rowerem. Zdecydowana większość szlaków turystycznych dla bikerów jest bowiem zamknięta. W kontekście surowych parkowych przepisów możliwość legalnego dotarcia tak wysoko na dwóch kołach przyprawiała mnie o szybsze bicie serca.
Tymczasem z dnia na dzień koncepcja wyjazdu stawała się coraz mniej realna. Nie dość, że zima licha była jak rzadko, to jeszcze nie mogliśmy się zgrać w czasie, aby ów pomysł zrealizować. Wydawało się, że marzec to ostatni dzwonek na tego typu zabawę, a niepostrzeżenie nadszedł już kwiecień. Paradoksalnie nie cieszyliśmy się z wiosny, bo ciekawa wycieczka wymykała się nam z rąk. Chodziło przecież o to, żeby koniecznie pedałować po śniegu.
Dopiero w trzecią dekadę kwietnia zwarliśmy szyki. Weekend miał być pełen wrażeń, dlatego do samochodu oprócz rowerów wrzuciliśmy narty. Na Kasprowym Wierchu wyciągi są czynne z reguły do końca długiego majowego weekendu, więc jeden dzień postanowiliśmy poświęcić na białe szaleństwo. Pedałowanie też miało być „na biało”, ale mieliśmy poważne obawy, czy takie rzeczywiście będzie, zważywszy na porę roku.
Jako bazę wypadową wybraliśmy Murzasichle. To wysoko położona wieś niedaleko Zakopanego, której południowy kraniec dotyka granic Tatrzańskiego Parku Narodowego. Ciekawie brzmiącą nazwę tej miejscowości tłumaczy się na różne sposoby. Według jednej z legend, pochodzi ona od nazwiska Tatara Murza. Jednak za najbardziej prawdopodobną wersję uznaje się tę, w której słowo Murzasichle jest dzielone na trzy człony: mur, za i sichle. „Mur” to nazwa wsi, a „sichiła” oznacza podmokły las albo mgły nad bagnami. Coś w tym musi być, bo od północnej strony, czyli tak naprawdę od reszty świata, Murzasichle jest oddzielone takim właśnie terenem.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”



Zdjęcie: Tomasz Dębiec