okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10/2018 >> Sawanna jak modliszka

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Australia


Sawanna jak modliszka

Daniel Kocuj
Od wschodniego brzegu Australii do zachodniego – najcięższy podjazd stanowiła przełęcz Drummond
Do tej pory widzieliśmy już setki martwych kangurów. Liczyłem je nawet, ale na dwustu przestałem. Od Jericho jednak trupów jest tyle, że nie sposób zatrzymać się w miejscu, gdzie nie śmierdzi padliną. Widzimy torbacze w każdym stanie rozkładu – od świeżo potrąconych po sterylnie czyste kości. Najgorsze jest wszystko to pomiędzy. Resztki zauroczenia kangurami od przyjazdu do Australii utonęły w morzu trupów.
 
Wysoka trawa utrudnia nam rozbicie namiotu. W dodatku są w niej setki kolców, które z podłogi mojego ultralekkiego namiotu robią sito. Szukamy kawałka trawy w obrębie górniczego miasteczka Anakie, aż znajdujemy tablicę głoszącą „zakaz rozbijania namiotów gdziekolwiek w obrębie miasta”. Kolano mojego towarzysza podróży, Zandera, nie pozwoli nam na dalszą jazdę, więc gdzieś namioty musimy rozstawić. Wybór pada na cmentarz. Ja rozbijam między drzewami, za kępą krzaków, a Zander wiesza hamak w altance, tak, aby nic nie wystawało ponad barierkę. 
Nagle przyjeżdża samochód. Pani sprząta, poprawia coś na pomniku, podlewa kwiaty. Zbliża się do altanki, jest coraz bliżej, w końcu zauważa Zandera. Świetnie – myślę sobie. Teraz pewnie będziemy musieli się zbierać i rozstawiać gdzieś po ciemku, ale to nic. Najgorsza jest niemiła sytuacja. Czasami miejscowi potrafią się naprawdę wściec za brak szacunku do ich zasad, nawet jeśli owe zasady nigdzie nie są zapisane. Parę dni wcześniej weszliśmy na teren opuszczonej szkoły jeździeckiej, żeby skorzystać z trawnika i dostępu do wody. Akurat musiał ktoś przyjechać i wygłosił nam kazanie: – Wy, podróżnicy, nie szanujecie własności prywatnej! Wynocha stąd! Na nic zdały się próby negocjacji czy załagodzenia sytuacji. Na szczęście nie doszło do rękoczynów. Trzeba być ostrożniejszym. Tym razem Zandera kolano strzela głośniej niż suche polano na harcerskim ognisku, co wycisnęło chłopakowi parę łez podczas jazdy. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Daniel Kocuj