okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2018 >> Wielbłąd na Szyndzielni

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Beskidy: Śląski i Żywiecki


Wielbłąd na Szyndzielni

Wojciech Osiński
Trójstyk granic między Polską, Czechami i Słowacją, to dobrze przygotowane miejsce z wiatą i ławami. Ale na Słowację się nie przejdzie...
Dywan z kościoła zwinąłem, psy pognębiłem, Burdele odwiedziłem, wizytę w Piekle zaliczyłem. Nie, to nie spowiedź zbója Klimczoka przed egzekucją, tylko streszczenie mojej kilkudniowej wycieczki w Beskidy. Koniec w pewnym momencie był już bliski, poruszałem się po śliskim gruncie... No, adrenaliny nie brakowało.
 
Zaraz po przyjeździe do Bielska-Białej miałem déjà vu. Dwa lata wcześniej z tego samego miasta ruszałem na podbój Beskidu Małego i teraz identycznie jak wtedy zacząłem wycieczkę od wizyty w... warsztacie. Z tego samego powodu – tuż po wyjściu na peron stwierdziłem luz w tylnym kole. Pojechałem do tego samego serwisu co wtedy, a koło naprawiał mi ten sam mechanik (nawet mnie zapamiętał). Naszła mnie taka złota myśl, że dobrze jest rozpoczynać wycieczki w tygodniu i w dużym mieście, bo zawsze jest gdzie naprawić usterki. Nie wożę ze sobą żadnych narzędzi poza ekwipunkiem do wymiany lub naprawy dętki, bo uważam to za zbędny balast, który przydaje się zbyt rzadko, by zabierać go na każdą wycieczkę. Zwłaszcza gdy się jeździ z plecakiem.
Różnice między wyprawami zaczęły się później, bo dwa lata temu jechałem na wschód, a teraz na południe. Chciałem w miarę szybko dostać się na Przełęcz Salmopolską, zjadając wcześniej obiad w schronisku na Klimczoku. Projekt udał się połowicznie. To znaczy zjadłem ten obiad, tylko że nie o 14, jak planowałem, lecz o 17. Powody były dwa. Po pierwsze, przejeżdżałem obok lotniska w Bielsku-Białej, gdzie samoloty i szybowce tak zawładnęły moją świadomością, że przesiedziałem ponad pół godziny na ławce, gapiąc się na startujące, lądujące i nisko latające maszyny. Dobrze, że udaru nie dostałem, bo upał był piekielny.
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”

 



Zdjęcie: Wojciech Osiński