okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

twojmedyk.pl

sportportal.pl

trasymasy.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2018 >> Tytani rowerowych epopei

poradniki

Nie kuś złodzieja!

Stopień wykrywalności skradzionych rowerów jest niestety niski. Gdy nasz jednoślad zniknie, szanse na jego odzyskanie są raczej marne.... »

Styl życia >> naśladowcy Kazimierza Nowaka


Tytani rowerowych epopei

Andrzej Kaleniewicz
Heinz Stücke w Gabonie w 1979 roku. Akurat ci żołnierze okazali się przyjaźni podróżnikowi
Pierwsze dwie dekady XXI wieku to trudne czasy dla prawdziwych rowerowych odkrywców. Nie bez powodu używam tego terminu, gdyż określenie „podróżnicy” lub „globtroterzy” zdewaluowało się w stopniu wysoce nieprzyzwoitym. Dziś każdy, kto weźmie dwa tygodnie urlopu z korporacyjnej posady i postanowi polecieć samolotem z rowerem gdzieś dalej, aby pokonać trasę, którą potem opisze i wyda własnym sumptem w postaci atrakcyjnej wizualnie książki, czuje się wszak prawdziwym podróżnikiem.
 
No właśnie – czuje się. Kiedyś to inni weryfikowali osiągnięcia i nazywali w ten sposób swoich idoli, dziś sami kreujemy swój wizerunek, w czym niebagatelną rolę gra bez wątpienia internet ze swoimi mediami społecznościowymi. Tyle że internet to nie prawdziwe życie, a zaledwie jego namiastka.
Jak już jesteśmy przy prawdziwym życiu – czy możemy poświęcić je rowerowej podróży? Całe, bez wyjątku, jedyne, które mamy? Bynajmniej, nie mam tu na myśli tych, którzy zginęli w trakcie rowerowych peregrynacji – jak Krzysztof Chmielewski, którego okrutnie okaleczone zwłoki znaleziono niedawno w Meksyku. To temat na osobny artykuł. Tym razem chodzi mi o tych, którzy całe swoje życie podporządkowali idei podróżowania na rowerze. Całe życie – to coś więcej niż banalne dziś objechanie jednośladem kuli ziemskiej. Tego dokonał całkiem niedawno Szkot Mark Beaumont, któremu zabrało to nieco mniej niż 80 symbolicznych dni, nawiązując do tytułu jednej z powieści klasyka literatury awanturniczej – Juliusza Verne’a. Oczywiście, wyczyn ten robi wrażenie w sensie sportowym: prawie trzy miesiące jazdy po ponad 370 kilometrów dziennie. No tak, ale jednak w tym przypadku oznaczało to wsparcie z zewnątrz, doskonały, ultralekki rower bez bagażu, stosunkowo niewiele wspomnień z samej trasy. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: pinterest.com