okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

twojmedyk.pl

sportportal.pl

trasymasy.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2018 >> Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy!

poradniki

Nie kuś złodzieja!

Stopień wykrywalności skradzionych rowerów jest niestety niski. Gdy nasz jednoślad zniknie, szanse na jego odzyskanie są raczej marne.... »

Przed startem


Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy!


Jeśli zastanawiacie się, gdzie leży górna granicy wieku, powyżej której nie wypada już szaleć na rowerze, to Godzisław Wolicki, jeden z bohaterów sierpniowego „Rowertouru”, udowadnia, że takiej granicy nie ma. Dziadek Godek, bo tak nam się jakiś czas temu przedstawił, ma 74 lata i – jak zdążył wyrzucić z siebie z prędkością karabinu maszynowego – jest najstarszym rowerzystą w Polsce, regularnie ścigającym się w maratonach MTB. Do tego kocha dwa kółka, na siodełko siada codziennie, zdrowie ma młodzieniaszka (co potwierdzają testy wydolnościowe, które zostały redakcji przedłożone). Według pana Godka, to wystarczające powody, aby trafić na łamy „Rowertouru” jako przykład, ambasador, wzór godny naśladowania i namacalny dowód na to, że przygodę z rowerem można zacząć na emeryturze i mieć się świetnie. A nawet lepiej. Dodam tylko, że rozmowa Jakuba Terakowskiego z panem Godzisławem to skondensowana dawka energii (pan Godek dzieli się z Czytelnikami także swoim jadłospisem), po której nawet w najbardziej pochmurny poranek się uśmiechniecie i niezależnie od wieku podpiszecie się pod słowami: to nie metryka pokazuje, ile mamy lat. Lat mamy tyle, na ile się czujemy.
I pomyśleć, że jeszcze sto lat temu Dziadek Godek zostałby uznany za szaleńca, nawet nie nieszkodliwego cudaka, ale takiego, którego należałoby chronić przed samym sobą i innymi. Bowiem, jak przekonuje nas Piotr Ejsmont, cykliści długo nie mieli łatwo, często pod górkę, zamiast z górki. Władzy wszelakiej nie podobał się sposób przemieszczania na dwóch kołach, bo czyż nie cierpi autorytet cesarza, jeśli powóz jego jedzie wolniej niż bicykl? Poza tym na diabelskim wynalazku łatwiej uciekało się policjantom, sklepikarzom czy też restauratorom, nie płacąc rachunku po wykwintnym obiedzie. Hop na rower i tyle go widzieli. 
Na szczęście koło historii nie stoi w miejscu i dziś w niczym nieskrępowany sposób korzystamy z dobrodziejstw płynących z posiadania jednośladu. Nie tylko przemieszczamy się na nim, ale z jego pomocą także dbamy o zdrowie i środowisko. Nikogo nie dziwi dziś rowerowy strój („Wszystkie na nim kolory, jak na pawiu, albo i papudze znalazłeś, a nie jeden to i gołemi łydami świecił” – opisywał warszawskich rowerzystów na początku wieku ich największy prześladowca, niejaki Jędrzej Majcherek), same zaś bicykle przechodzą kolejne metamorfozy. To już nie tylko pojazd napędzany siłą mięśni, ale i wspomagany silnikiem elektrycznym. Zatem rower to czy nie rower, zapyta ten i ów. Pytanie to zastanowiło także znanego z dociekliwości Marka Rokitę. O tym, co kryje się za modnym ostatnio terminem „cykloelektromobliność”, przeczytacie także na łamach sierpniowego „Rowertouru”. 
 Zapraszam do lektury
 
Izabela Dachtera-Walędziak
redaktor naczelna