okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2018 >> Człowiek, który tu nie należy

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Japonia


Człowiek, który tu nie należy

Daniel Kocuj
Czas na przerwę, czyli na onigiri i herbatę. No, może jeszcze jedno onigiri – są takie dobre
W każdym znanym mi języku słowo „obcokrajowiec” ma znaczenie podobne do polskiego. Angielski zagranicznik (foreigner) podobny jest nieco do niemieckiego i hiszpańskiego człowieka z zewnątrz (Ausländer i extranjero). Nawet indonezyjski „bule” (człowiek o jasnej karnacji i włosach) wprawdzie znaczy tyle co albinos, ale zawsze pada z ust serdecznego człowieka. 
 
Japoński „gaijin” według słownika jest zwykłym „obcym”, jednak w rzeczywistości słowo to niesie ze sobą większą moc. Tkwi w nim cała kwintesencja tego, jak obcokrajowiec czuje się w Japonii, nawet gdy spędził w niej większą część swojego życia. Człowiek, który tu nie należy – takiej definicji nie znajdziecie w żadnym słowniku. A szkoda, bo jest prawdziwa.
Podobnie jak we wszystkich książkach Harukiego Murakamiego, tak i w rzeczywistości dla „gadzina” w Japonii nie ma miejsca. Nie chodzi o to, że jest niemile widziany, a raczej o to, że jest kompletnie nieobeznany z tutejszymi zwyczajami i nie wiadomo, co z nim zrobić. Dowodu na to dostarcza mi japońska rzeczywistość już pierwszego dnia, zaraz po wylądowaniu w Tokio. 
Zjawiam się pod hostelem zbyt wcześnie na meldunek, więc zostawiam rower na tyłach parkingu, pomiędzy noclegownią a sąsiednim budynkiem pobliskiej firmy. Bicykl stawiam w taki sposób, aby nikomu nie utrudniał parkowania czy przejścia, po czym idę coś zjeść. 
Gdy wracam po dwóch godzinach, na parkingu zastaję pana w eleganckim garniturze. Nie wiem, jak długo czeka, ale z podniesionego tonu jego głosu wnioskuję, że mistrzem sztuki zen nie jest. Ani słowa po angielsku. Widzi, że nie rozumiem, więc pokazuje, abym szedł za nim do biura pobliskiej firmy, gdzie wyznacza czterech pracowników jako tłumaczy. Sytuacja przypomina teraz scenę z filmu „Między słowami”, gdy Bill Murray gra w reklamie japońskiej whisky. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Daniel Kocuj