okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2 (12)/2009 >> 2 (12)/2009 >> Himalaje, zaspy i… diamenty z przemytu

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> z Tybetu do Nepalu


Himalaje, zaspy i… diamenty z przemytu

Piotr Strzeżysz
W stronę granicy z Nepalem, jazda za pługiem, który odśnieżał zasypaną drogę

Pomysł wyjazdu do Tybetu w styczniu i przejechania pasma Himalajów na rowerze w środku zimy nie zrodził się we mnie, aby odreagować nieznośne, letnie upały. Nie wziął się również z jakichś masochistycznych pobudek, ani z tego, że jazdę po bezdrożach w 30-stopniowym mrozie i silnie wiejącym, lodowatym wietrze przedkładam nad letnią przejażdżkę po urokliwych polach i lasach. Dlaczego więc pojechałem?

Poza trudem, zmęczeniem i przejmującym zimnem, czekały mnie przecież przepiękne krajobrazy, spotkania z ludźmi i możliwość zdobycia nowego doświadczenia. Ale to nie tylko tęsknota za przyrodą i chęć przeżycia porywających przygód pchnęła mnie do rozpoczęcia tej karkołomnej wyprawy. To pozostawiony nieumyślnie w Tybecie rower stał się spiritus movens całego wyjazdu.
Otóż rok wcześniej, przez dwa miesiące podróżowałem rowerem po Chinach i Tybecie, przejechawszy 3000 kilometrów. Z Lhasy zamierzałem się udać do Pekinu najwyżej położoną na świecie linią kolejową. Na dworcu kolejowym zapewniono mnie, że nie będzie żadnych problemów z przewiezieniem roweru pociągiem. Jakież więc było moje zdziwienie w dniu odjazdu, kiedy to nie tylko nie pozwolono mi wejść do pociągu, ale nawet nie mogłem wnieść bagażu na teren dworca. Na nic zdawały się tłumaczenia i prośby – pewnie zostawiłbym rower pod ścianą, a sam wsiadł do pociągu z odczepionymi sakwami, gdybym w porę nie spostrzegł poznanej kilka dni wcześniej Chinki Song Lee. Jednak nawet jej nie udało się przekonać upartych służbistów. Szybko więc postanowiłem, że zostawię rower w Lhasie, a sam wrócę po niego w następnym roku. Song Lee obiecała, że się nim zaopiekuje. Dotrzymała słowa.
Po przybyciu do Lhasy największym zaskoczeniem był dla mnie prawie zupełny brak śniegu, mimo siarczystego mrozu. Zaskoczyły mnie też ogromne tłumy Tybetańczyków na ulicach i zaledwie kilkoro turystów. Niektórzy przybyli już zapewne na mające się wkrótce odbyć uroczystości związane z rozpoczęciem nowego tybetańskiego roku. Szczególnie okolice świątyni Jokhang, jak i sama budowla wewnątrz, na długo zapadają w pamięć. W środku świętego miejsca czas jakby się zatrzymał.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”



Zdjęcie: Piotr Strzeżysz