okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 6/2018 >> "Elektro Janosik" i rowerowi banici

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Słowacja: Słowacki Kras


"Elektro Janosik" i rowerowi banici

Krzysztof Grabowski
Jazda po Krasie Słowackim jest łatwa i prosta, jak serpentyny do Dobszyny
Na początek tegorocznego sezonu rowerowego wymyśliłem sobie zadanie, do którego nie mogłem podejść rutynowo. Potrzebowałem gładkich asfaltów, małego ruchu samochodowego i przyjemnych krajobrazów. Miało nie być zbyt daleko od domu, a jednocześnie najlepiej, jakby teren był nowy lub przynajmniej dawno nieodwiedzany. Cytując Stanisława Palucha z „Misia”, można by zapytać: „Czy to w ogóle jest coś takiego?”. Okazuje się, że jest – to coś nazywa się Słowacki Kras lub, jak wolą oficjalne wydawnictwa, Kras Słowacki.
 
W jazzowym stylu, gdzie improwizacja to podstawa, jeszcze kilkanaście godzin przed wyjazdem nic nie było pewne. Wszystko dlatego, że owe gładkie asfalty miały być potrzebne pod cienkie koła kolarek. Rzecz w tym, że ja nie mam kolarki, a u początku czwartego kwadransa życia zachciało mi się powrócić do przełomu pierwszego i drugiego, gdy wagantem z samodzielnie dołożoną kierownicą typu baranek stawałem się mistrzem szos, pełnych wtedy jeszcze maluchów i polonezów, bez tak dużego ruchu samochodowego jak obecnie. Historia miała się powtórzyć, ale w nowocześniejszy sposób. Chwilę podumałem i fokus ustawiłem na bielski sklep firmowy Treka, który prowadzi także wypożyczalnię rowerów. Plan był jak z „Vabanku”: „Wchodzimy na bezczelnego w biały dzień, przystawiamy kasjerom rewolwery do brzuchów, zgarniamy...” rowery i załatwione. No i prawie tak było, bo faktycznie w biały dzień, prosto z ulicy i w dodatku poszło bardzo sprawnie, bez stawiania oporu przez obsługę sklepu. Po kilku chwilach wyszedłem z topowym i w dodatku nieużywanym jeszcze egzemplarzem Treka Domane SL6, pożyczonym mi na warunkach tak dobrych, że można to rozpatrywać w kategoriach rabunku. Gravelowe cudo warte 15 tysięcy złotych miało mnie cieszyć przez najbliższe trzy dni. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Krzysztof Grabowski